Projekt ustawy o kredycie konsumenckim miał zwiększyć ochronę klientów i wdrożyć unijną dyrektywę CCD II. Po fali krytyki rząd zdecydował się jednak rozpocząć prace od nowa.
To dobry kierunek. Dotychczasowe prace nad ustawą pokazywały, jak przy okazji implementacji prawa europejskiego można dopisać do krajowego systemu rozwiązania wykraczające poza unijne minimum, słabo uzasadnione i potencjalnie kosztowne dla rynku.
Zastrzeżenia do projektu zgłaszały między innymi Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Sprawiedliwości, Ministerstwo Rozwoju i Technologii, Rządowe Centrum Legislacji, KNF oraz Komitet Stabilności Finansowej. Wspólny mianownik tych uwag był czytelny: projekt szedł zbyt daleko, miejscami był niespójny z dyrektywą, mógł generować nadmierne ryzyka prawne i zwiększać obciążenia sektora finansowego.
Sankcja kredytu darmowego mogła zwiększyć liczbę sporów sądowych
Najgłośniejszym przykładem była sankcja kredytu darmowego. Według krytyków projekt rozszerzał ją w sposób, który mógł prowadzić do kolejnej fali sporów sądowych. Ministerstwo Sprawiedliwości ostrzegało przed ryzykiem paraliżu sądów, a Ministerstwo Finansów wskazywało na zagrożenia dla stabilności sektora finansowego. RCL i MRiT zwracały uwagę na klasyczny gold–plating, czyli wychodzenie poza minimalny zakres wymagany przez prawo unijne.
To ważny kontekst, bo pokazuje szerszy problem. Nie chodzi tylko o pojedyncze artykuły, ale o sposób stanowienia prawa: dopisywanie kolejnych obowiązków, rozszerzanie zakresu regulacji, niedostateczną analizę skutków i przerzucanie ryzyk na rynek oraz sądy.
Czytaj więcej
Rzecznik generalny TSUE stwierdził, że sąd ma obowiązek z urzędu badać wszystkie naruszenia obowiązków zagrożonych sankcją kredytu darmowego. Prawn...
Informacja kredytowa i gospodarcza
Dobrym przykładem są przepisy dotyczące informacji kredytowej i gospodarczej zawarte w ostatniej wersji projektu. Na pierwszy rzut oka mogły wydawać się techniczne, ale w rzeczywistości mogłyby mieć istotne skutki gospodarcze. Aby to zrozumieć, warto cofnąć się do genezy obecnego modelu.
BIK powstał w latach 90. jako odpowiedź na realną potrzebę sektora bankowego. Banki potrzebowały wspólnej bazy historii kredytowej klientów, objętej tajemnicą bankową. Art. 105 ust. 4 prawa bankowego stworzył podstawę do powstania branżowej bazy danych, która miała ułatwić ocenę ryzyka kredytowego i poprawić bezpieczeństwo systemu finansowego. W tamtych realiach było to rozwiązanie zrozumiałe. Polska bankowość była w innym miejscu, rynek był mniej rozwinięty, a dostęp do wiarygodnych danych ograniczony.
Na początku lat dwutysięcznych rozwijano także biura informacji gospodarczej. Ich powstanie było związane między innymi z rekomendacjami Banku Światowego, które wskazywały na potrzebę poprawy bezpieczeństwa obrotu gospodarczego i usprawnienia systemu odzyskiwania wierzytelności. Tak powstał regulowany rynek BIG-ów, które ograniczają niepewność w obrocie i pomagają w walce z nierzetelnymi dłużnikami.
Czytaj więcej
Prezes UOKiK sprawdza, czy doszło do ograniczenia konkurencji w sektorze bankowym. Chodzi o zasady oceny zdolności kredytowej i wymianę informacji...
Centralne repozytorium informacji kredytowej
Z czasem kolejne zmiany przepisów zaczęły wzmacniać pozycję BIK względem BIG-ów. BIK ma dziś szczególną pozycję wynikającą z art. 105 prawa bankowego. Nie jest organem państwa, lecz prywatną spółką stworzoną przez część banków i Związek Banków Polskich. Jednocześnie pełni funkcję centralnego repozytorium informacji kredytowej, do którego ustawodawca kieruje kolejne strumienie danych. To tworzy pozycję quasi–monopolistyczną, której skutki powinny być dziś przedmiotem debaty.
Ostatnia wersja projektu wdrożenia CCD II groziła pogłębieniem tej nierównowagi. Informacje o zaległościach miały być przekazywane do BIK w sposób bardziej bezwarunkowy, podczas gdy przekazywanie analogicznych informacji do BIG-ów było uzależnione od spełnienia warunków z ustawy o udostępnianiu informacji gospodarczych. Bez przekonującego uzasadnienia i szczegółowej oceny skutków regulacji obowiązkami raportowania chciano objąć także nabywców wierzytelności. W praktyce BIK mógłby otrzymywać szerszy i bardziej aktualny strumień danych, a BIG-i – dane ograniczone, opóźnione i obwarowane dodatkowymi wymogami.
Skutki mogłyby być szersze niż samo przesunięcie danych między bazami. Gdyby banki i inne instytucje finansowe uznały, że kluczowe informacje o zadłużeniu znajdują się w BIK, mogłyby ograniczać korzystanie z BIG-ów. BIG-i stałyby się mniej atrakcyjne, a ich bazy mniej kompletne. Finalnie ucierpiałyby nie tylko same biura, lecz także przedsiębiorcy, dla których wpis do BIG jest jednym z narzędzi dyscyplinowania nierzetelnych kontrahentów.
Fundament rynku finansowego
27 maja w Sejmie prezes UOKiK zwrócił uwagę, że obecny model informacji kredytowej powinien zostać przeanalizowany – także w świetle możliwości wykorzystania danych z różnych rejestrów publicznych, które mogą być pomocne w procesach oceny kredytowej. To ważny sygnał. W gospodarce opartej na danych informacja kredytowa jest jednym z fundamentów rynku finansowego. Wpływa na dostęp do kredytu, ocenę ryzyka, koszty finansowania i konkurencję między dostawcami usług.
Dlatego warto zapytać, czy obecny model informacji kredytowej zapewnia wystarczającą przejrzystość, neutralność konkurencyjną i możliwość rozwoju alternatywnych rozwiązań. Nie chodzi o osłabianie bezpieczeństwa systemu, lecz o sprawdzenie, czy regulacje nie zamykają rynku tam, gdzie możliwa byłaby większa konkurencja.
Nowy początek prac nad ustawą powinien być także okazją do dyskusji o tym, jaki model informacji kredytowej Polska powinna mieć w kolejnych dekadach. W różnych krajach funkcjonują różne rozwiązania: od bardziej scentralizowanych rejestrów po konkurencję prywatnych firm. W wielu branżach otwieranie rynku na konkurencję przynosiło konsumentom większy wybór, niższe koszty, lepszą jakość usług, więcej innowacji i większą przejrzystość.
Należy implementować to, czego wymaga prawo europejskie
Nowy rządowy projekt powinien uwzględnić zasadne uwagi dotyczące wdrażania dyrektywy CCD II. Warto trzymać się zasady „UE plus zero”: implementować to, czego wymaga prawo europejskie, ale nie dopisywać bez potrzeby nowych obciążeń, zwłaszcza tam, gdzie skutki nie zostały rzetelnie ocenione.
Jeśli rządzący chcą poprawiać ochronę konsumentów, powinni równolegle dbać o konkurencję, jakość regulacji i neutralność zasad gry. W przeciwnym razie prokonsumenckie postulaty mogą skończyć się większą koncentracją, wyższymi kosztami i słabszym rynkiem informacji gospodarczej.
Autor jest ekonomistą i prezesem Fundacji Wolności Gospodarczej