Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 13 maja 2026 r. (sygn. akt VI ACa 3022/23) może stać się jednym z najważniejszych orzeczeń określających przyszłość opłaty reprograficznej w Polsce. Według publicznych relacji sąd apelacyjny utrzymał wcześniejszy wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, zasądzający od Sony na rzecz Stowarzyszenia SAWP kwotę ponad 576 tys. zł tytułem zaległych opłat. Spór nie sprowadza się jednak do oczywistego faktu, czy smartfon potrafi kopiować utwory – oczywiście, że potrafi. Zasadnicze pytanie brzmi inaczej: czy sąd może w drodze wykładni objąć opłatą urządzenia niewskazane w rozporządzeniu, i to za okres, w którym nie było dla nich ustalonej z góry stawki?

Artykuł 20 ust. 1 prawa autorskiego wymienia magnetofony, magnetowidy oraz „inne podobne urządzenia” i na tym oparł się zasadniczo sąd okręgowy, a za nim Sąd Apelacyjny w Warszawie. Jednocześnie ust. 5 tego samego artykułu zawiera delegację dla ministra do określenia w rozporządzeniu konkretnych kategorii urządzeń, nośników oraz wysokości opłat. W przypadku obowiązku o charakterze finansowym nie są to jedynie „detale techniczne”. Kategoria urządzenia i stawka to konstrukcyjne elementy opłaty. Bez nich adresat normy nie wie, czy ma płacić, od czego i w jakiej wysokości. Nadto „inne podobne urządzenia” z art. 20 pr. aut. muszą być – zgodnie z ustawą – podobne do magnetowidu albo magnetofonu. Smartfon lub inne współczesne urządzenia konsumenckie takich podobieństw w sposób oczywisty nie wykazują. Trzeba by więc najpierw zmienić ustawę, a nie „łatać” jej niedoskonałości w rozporządzeniu ministra.

Sąd okręgowy, a za nim Sąd Apelacyjny w Warszawie, posłużyli się jednak wykładnią funkcjonalną, uznając, że ograniczenie opłaty do urządzeń literalnie ujętych w rozporządzeniu zamroziłoby system w epoce kaset VHS i magnetofonów. Sądy chciały w ten sposób dostosować prawo do realiów ery smartfonów i tabletów. Problem w tym, że w tym miejscu kończy się wykładnia prawa, a zaczyna wyręczanie władzy wykonawczej i ustawodawczej w tworzeniu aktów normatywnych.

Granice konstytucyjne i sądowe prawotwórstwo

Zgodnie z art. 7 Konstytucji RP organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa, a art. 92 bezwzględnie wymaga, by rozporządzenia były wydawane na podstawie szczegółowego upoważnienia ustawowego i w celu wykonania ustawy.

Nie można też pomijać art. 2 konstytucji – zasady państwa prawnego, w tym wymogu określoności i przewidywalności prawa. Producent lub importer musi mieć możliwość ustalenia przed wprowadzeniem sprzętu na rynek, czy jego produkt podlega opłacie. Retrospektywna wykładnia narusza tę podstawową gwarancję. Co więcej, choć Trybunał Konstytucyjny nie uznał opłaty reprograficznej wprost za podatek, to Sąd Okręgowy w Warszawie posłużył się pojęciem „opodatkowania konsumpcji” i takie rozumowanie pojawia się również niestety w orzecznictwie Sądu Najwyższego. Takiemu myśleniu sprzyja w Polsce skonstruowany nieprawidłowo system poboru opłaty. Została ona oderwana od realnej szkody i stała się ogólną daniną na kulturę. Taki system niesie z sobą określone konsekwencje – wymaga m.in. transparentnej legislacji, a nie rekonstrukcji sądowej. Jeżeli opłata staje się de facto daniną publiczną, w grę wchodzi także art. 84 Konstytucji RP, według którego nakładanie ciężarów i świadczeń publicznych musi następować w drodze precyzyjnej ustawy.

Wadliwa logika rozporządzenia z 2003 r.: „utrwalanie” zamiast kopiowania

Niedawno, pod koniec kwietnia 2026 r., Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego podpisało nowelizację rozporządzenia z 2003 r. (pierwszą od 15 lat). Zmiana ta jest niezwykle kontrowersyjna i budzi poważne wątpliwości konstytucyjne, ponieważ opiera się na fundamentalnie wadliwej logice, obecnej w polskim systemie poboru opłat od lat. Zgodnie z delegacją z art. 20 ustawy o prawie autorskim opłata ma dotyczyć przede wszystkim urządzeń i nośników związanych ze zdolnością do „zwielokrotniania” utworów, jak również ich przeznaczeniem do wykonywania innych funkcji niż zwielokrotnianie. Tymczasem samo rozporządzenie wykonawcze już w swoim tytule i treści posługuje się kategorią technicznego „utrwalania”, które jako takie pozostaje poza zakresem ochrony prawnoautorskiej. To nie jest błaha kwestia terminologiczna. Przesunięcie akcentu z ustawowego kopiowania (wymagającego uzyskania przez użytkownika realnej, niezależnej kopii rodzącej szkodę) na zwykłe, techniczne utrwalenie (jakikolwiek zapis danych) stanowi rażące wyjście poza upoważnienie ustawowe i łamie art. 92 Konstytucji RP. Przez ten błąd polski system w swoisty sposób zbliża się do podatku, obciążając należnością samą technologiczną zdolność urządzeń do zapisywania plików i omijając najważniejsze pytanie: czy faktycznie dochodzi do prywatnej kopii, nad którą użytkownik zyskuje kontrolę i która może wyrządzić szkodę uprawnionym?

Czytaj więcej

Prawnik: producenci smartfonów już dawno powinni płacić twórcom

Streaming to nie kopiowanie

Niezwykle istotny w tej kwestii jest niedawny wyrok TSUE z 16 kwietnia 2026 r. (Stichting de Thuiskopie, C-496/24). Trybunał wskazał w nim jasno, że kopia offline tworzona przez dostawcę w serwisie streamingowym – zaszyfrowana, ograniczona do aplikacji, nieprzenoszalna i poddana pełnej kontroli dostawcy treści – w ogóle nie mieści się w wyjątku prywatnego kopiowania. Użytkownik nie tworzy tu niezależnej kopii i nie ma do niej prawa, lecz otrzymuje usługę licencjonowanego dostępu. Skoro uprawniony (w tym wypadku dostawca treści – najczęściej platforma) zachowuje kontrolę nad środowiskiem dystrybucji, nie dochodzi do szkody, którą miałaby wyrównywać opłata reprograficzna. To komunikowanie publiczne, a nie reprodukcja. W streamingu występują wspomniane lokalne utrwalenia techniczne na urządzeniach końcowych, ale nie stanowią one chronionej kopii prywatnej, nie mogą być przenoszone na innych użytkowników i nie rodzą takiego prawa podmiotowego po stronie użytkowników. Logika rozporządzenia ministra, obciążając samo utrwalenie, wykracza w tym zakresie poza standardy konstytucyjne, prawo autorskie i orzecznictwo TSUE.

W tym kontekście metafora użyta przez rzecznika generalnego TSUE prof. Macieja Szpunara w opinii do powyższej sprawy trafia w samo sedno: „gdy się trzyma młotek, wszystko wygląda jak gwóźdź”. Opłata reprograficzna staje się niezwykle wygodnym narzędziem transferu pieniędzy do twórców. Prowadzi to do niebezpiecznej pokusy automatycznego włączania do systemu wszelkich nowoczesnych urządzeń i każdej styczności z utworem, co grozi doprowadzeniem systemu prawa autorskiego do absurdu, a samych twórców może sprowadzić do roli petentów proszących o wypłatę świadczeń o charakterze parasocjalnym lub parapodatkowym.

Czytaj więcej

Producentom smartfonów grozi fala pozwów o zaległe opłaty reprograficzne

Anachroniczność starej listy

Lista urządzeń z rozporządzenia z 2003 r. była do niedawna bezsprzecznie anachroniczna. Jednak nieudolna nowelizacja, zastępująca badanie szkody objęciem opłatą urządzeń za samą techniczną zdolność „utrwalania”, nie naprawia błędów, lecz je pogłębia. Z anachroniczności starej listy nie wynika w żadnym razie automatyczne upoważnienie dla sądów do obejmowania opłatą smartfonów czy innych podobnych urządzeń (np. tabletów) ze skutkiem wstecznym. Nowa lista rodzi szereg pytań konstytucyjnych oraz pytań o samą logikę systemu opłat w Polsce. Z pewnością wygeneruje też liczne nowe procesy sądowe, a powinna chronić twórców. Jeżeli ustawodawca chce rozszerzyć system w prawidłowy sposób, konstytucyjne standardy państwa prawa wymagają nowelizacji ustawy i właściwych, zgodnych z jej literą przepisów wykonawczych.

Autor jest partnerem zarządzającym w Kancelarii C.R.O.P.A. w Warszawie