TSUE potwierdził wcześniejszą opinię swego rzecznika generalnego i uznał, że nawet jeśli serwis streamingowy pozwala zachowywać filmy czy muzykę na własnym smartfonie, to nie podlega to opłacie reprograficznej. Czy w tej sytuacji obejmowanie nią smartfonów lub tabletów, co proponuje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego jest uzasadnione?

Jeśli uznamy opłatę reprograficzną za daninę publiczną, to wszystko jest możliwe. Tylko wtedy trzeba uczciwie powiedzieć, że nie mówimy już o klasycznej konstrukcji prawa autorskiego i rekompensacie za wyjątek prywatnego kopiowania, lecz o państwowym mechanizmie wspierania twórców.

Taki sposób myślenia pojawia się zresztą w orzecznictwie i opiniach. Rzecznik generalny prof. Maciej Szpunar w opinii z 6 czerwca 2024 r. w sprawie Reprobel przeciwko Copaco Belgium NV (sprawa: C-230/23) wskazywał na podobieństwo tej konstrukcji do swoistego podatku pośredniego (pkt 43 tej opinii). Podobnie Sąd Najwyższy w wyroku z 14 lutego 2024 r. (sygn. akt II CSKP 1538/22) określił tę opłatę jako podatek od importu i produkcji urządzeń odtwarzających oraz czystych nośników. Nie podzielam jednak takiego uproszczenia.

Czytaj więcej

TSUE: Netflix czy Spotify bez opłaty reprograficznej

Opłata reprograficzna ma sens tylko wtedy, gdy pozostaje związana z prywatnym kopiowaniem i szkodą, którą takie kopiowanie może powodować. Trzeba przy tym uważać, żeby nie pomylić dwóch rzeczy: wynagrodzenia za korzystanie z utworu i opłaty za prywatne kopiowanie. Opłata reprograficzna nie jest ogólnym wynagrodzeniem dla twórców, tylko odrębną kategorią unijną godziwej rekompensaty. Ma rekompensować konkretną, choć statystycznie ujmowaną szkodę wynikającą z prywatnych kopii, a nie być ekwiwalentem zgody twórcy na korzystanie z utworu. To często jest mieszane w debacie.

Jeżeli z kolei opłatę odrywamy od kopiowania prywatnego i szkody, to istnieje naturalna tendencja, aby obciążać nią urządzenia tylko dlatego, że mają pamięć, ekran albo można na nich instalować aplikacje. Ten rozdźwięk pokazuje polska debata. Jeśli opłata odrywa się od kopiowania i szkody, to staje się ogólną daniną na kulturę.

Czytaj więcej

Michał Markiewicz: Film pobrany z Netflixa objęty opłatą reprograficzną? TSUE rozstrzygnie wątpliwości

Kluczowy w tym zakresie był wyrok TSUE w sprawie Padawan z 2010 r. (sprawa: C-467/08). Trybunał przyjął tam założenie, że w przypadku urządzeń i nośników udostępnianych osobom fizycznym można mówić o pewnym domniemaniu prywatnego kopiowania. Ale moim zdaniem nie jest to domniemanie szkody wynikającej z samego istnienia urządzenia. Chodzi raczej o hipotetyczny, lecz statystycznie uchwytny akt zwielokrotnienia, czyli powstanie samodzielnej kopii w sferze użytkownika, poza bieżącą kontrolą uprawnionego albo licencjonowanego dostawcy.

Problemem dla systemu opłaty nie jest więc sam ekran, aplikacja ani pamięć urządzenia. Problemem może być dopiero utrata kontroli nad kopią i jej potencjalny wpływ na normalną eksploatację utworu.

Właśnie dlatego wyrok TSUE z 16 kwietnia 2026 r. w sprawie Stichting de Thuiskopie przeciwko HP i Dell (sprawa: C-496/24) jest tak istotny. Trybunał uznał za kluczowe, że kopia offline w serwisie streamingowym jest tworzona przez dostawcę usługi, pozostaje zaszyfrowana, działa tylko w aplikacji, nie może być swobodnie przenoszona ani powielana przez użytkownika i może zostać usunięta przez dostawcę np. w warunkach geolokacji. Nie jest to już chronione zwielokrotnianie ani prywatna kopia, tylko usługa dostępu.

Paradoksalnie ten wyrok nie jest wymierzony w twórców. Przeciwnie, potwierdza on, że fundamentem prawa autorskiego pozostaje zgoda uprawnionego i kontrola nad eksploatacją. Dozwolony użytek prywatny jest wyjątkiem od tej kontroli, uzasadnionym tam, gdzie indywidualne licencjonowanie jest niepraktyczne albo niemożliwe. Jeżeli jednak utwór pozostaje w środowisku kontrolowanym, zabezpieczonym technicznie i objętym licencją, to nie ma powodu, aby dodatkowo uruchamiać mechanizm opłaty reprograficznej, bo nie ma czego rekompensować.

W konsekwencji automatyczne obejmowanie smartfonów i tabletów opłatą tylko dlatego, że technicznie mogą przechowywać treści, jest bardzo wątpliwe. Obecny model opłaty reprograficznej w Polsce, w którym coraz mniej znaczenia ma realne kopiowanie, a coraz większe zyskuje sama funkcjonalność urządzenia, wydaje mi się anachroniczny i szkodliwy.

Tymczasem polski sąd w 2025 r. w sprawie z powództwa Stowarzyszenia Filmowców Polskich uznał, że państwo polskie nie dopełniło swych obowiązków nie obejmując opłatą reprograficzną urządzeń takich jak smartfony czy tablety. Na ten wyrok powołuje się między innymi MKiDN. Czy nie ma tu sprzeczności ze wspomnianym, najnowszym orzeczeniem TSUE? Można te wyroki pogodzić?

Moim zdaniem polski wyrok jest trudny do pogodzenia z logiką wyroku TSUE z 16 kwietnia 2026 r. Sąd okręgowy przyjął, jak się wydaje, zbyt ogólne założenie, że problem polega przede wszystkim na nieaktualności listy urządzeń objętych opłatą. Zaakceptował tym samym postulat powoda, że polskie rozporządzenie z 2003 r. zawiera wykaz archaicznych nośników i urządzeń, a nie obejmuje tych, które są obecnie realnie wykorzystywane do kopiowania w zakresie własnego użytku osobistego. To rozpoznanie jest częściowo trafne, bo rozporządzenie rzeczywiście jest technologicznie anachroniczne. Ale z tego nie wynika jeszcze, że smartfony, tablety czy laptopy powinny być automatycznie objęte opłatą.

Czytaj więcej

Nowa grupa dostanie dofinansowanie do składek ZUS od państwa

Kluczowe jest to, że opłata reprograficzna nie jest opłatą za samo korzystanie z urządzenia ani za każdy techniczny zapis danych. Nie jest też opłatą za oglądanie filmu, słuchanie muzyki czy czytanie tekstu na ekranie. Ma rekompensować szkodę wynikającą z prywatnego zwielokrotniania. Tymczasem w polskim systemie, także przez samą konstrukcję rozporządzenia, od lat widoczny jest problem przesuwania akcentu ze zwielokrotniania na utrwalanie i techniczną funkcjonalność urządzenia. To jest zasadnicza różnica. Ustawa o prawie autorskim mówi o zdolności urządzenia i nośnika do zwielokrotniania utworów oraz o ich przeznaczeniu do wykonywania innych funkcji niż zwielokrotnianie (art. 20 ust. 5). Tymczasem tytuł rozporządzenia i jego język posługują się kategorią „utrwalania utworów”. To nie jest tylko kwestia terminologiczna. Jeżeli punktem odniesienia staje się samo utrwalenie lub sama możliwość zapisu pliku, to znika pytanie najważniejsze: czy dochodzi do prywatnej kopii, nad którą użytkownik uzyskuje realną kontrolę i która może powodować szkodę po stronie uprawnionych.

To właśnie pokazuje wyrok TSUE z 16 kwietnia 2026 r. W streamingu mogą występować utrwalenia techniczne, a nawet lokalne kopie offline. Ale nie każda taka kopia jest kopią prywatną w rozumieniu art. 5 ust. 2 lit. b dyrektywy 2001/29. Jeżeli kopię tworzy dostawca w ramach licencjonowanej usługi, w środowisku szyfrowanym i kontrolowanym, a użytkownik nie może jej swobodnie przenieść, zwielokrotnić ani zachować poza usługą, to nie mamy klasycznego prywatnego kopiowania – to raczej dostęp niż kopiowanie. To zasadnicza różnica. Korzystanie z legalnie udostępnionego utworu na własnym urządzeniu nie wymaga tym samym dodatkowej zgody i samo w sobie nie powoduje szkody, którą miałaby kompensować opłata reprograficzna. Szkoda pojawia się dopiero wtedy, gdy powstaje relewantna prawnie kopia prywatna, nad którą użytkownik uzyskuje kontrolę w sposób mogący zastępować normalną eksploatację utworu.

Nie wystarczy więc powiedzieć, że skoro smartfon technicznie zapisuje dane, to opłata jest uzasadniona. Polski wyrok może być argumentem za tym, że system z 2003 r. wymaga przemyślenia. Nie powinien być jednak traktowany jako podstawa do prostego dopisania smartfonów, tabletów i innych nowoczesnych urządzeń do listy. To byłoby powielenie tego samego błędu: obciążamy urządzenie per se, zamiast badać, czy i w jakim zakresie rzeczywiście służy ono prywatnemu kopiowaniu utworów.

Dlatego moim zdaniem problem jest głębszy niż sama aktualizacja rozporządzenia. Jeżeli obecny system rekompensaty jest wadliwie skonstruowany, to nie wystarczy dopisać do starej listy nowych urządzeń, bo problem będzie narastał. Trzeba najpierw prawidłowo odpowiedzieć na pytanie, co właściwie rekompensujemy: prywatne zwielokrotnianie powodujące szkodę, czy samą techniczną możliwość zapisu danych. TSUE wyraźnie opowiada się za pierwszym podejściem.

Prof. Maciej Szpunar w opinii poprzedzającej wyrok TSUE stwierdził, że pojawia się pokusa, by rozszerzać zakres opłaty reprograficznej poza to, co jest uzasadnione rekompensatą za dozwolony użytek prywatny „zgodnie z popularnym powiedzeniem, że gdy się trzyma młotek, wszystko wygląda jak gwóźdź”. Pana zdaniem z taką sytuacją mamy do czynienia w Polsce?

Tak, ta metafora dobrze oddaje problem. Gdy raz zaakceptujemy opłatę reprograficzną jako wygodne narzędzie transferu pieniędzy do twórców, pojawia się pokusa, by obejmować nią coraz więcej urządzeń i sytuacji, niezależnie od tego, czy rzeczywiście dochodzi do prywatnego kopiowania.

To jest niebezpieczne dla samej logiki prawa autorskiego. Prawo autorskie nie powinno traktować każdej technicznej styczności z utworem jako zdarzenia wymagającego rekompensaty i ochrony. Oglądanie, słuchanie, czytanie, buforowanie, techniczny zapis w aplikacji to nie są automatycznie sytuacje, które uzasadniają opłatę reprograficzną.

Gdybyśmy każdą przestrzeń technicznej eksploatacji objęli opłatą albo roszczeniem twórcy, doprowadzilibyśmy system do absurdu i np. przypadkowe nagranie fragmentu koncertu przez telefon, zapis techniczny w pamięci aplikacji albo pobranie zaszyfrowanej kopii offline w streamingu byłoby ścigane prawnie jako chronione zwielokrotnienie.

W Polsce bardzo często odwraca się znaczenie podstawowych pojęć: utrwalenia, zwielokrotnienia, rozpowszechniania, szkody, odszkodowania i dozwolonego użytku prywatnego. Coraz częściej słyszymy, że samo posiadanie smartfona z potencjałem do kopiowania uzasadnia pobieranie opłat albo że samo słuchanie lub oglądanie na ekranie to kopiowanie wymagające osobnej rekompensaty. To jest właśnie przykład myślenia młotkiem i gwoździem.

W szerszym ujęciu można to traktować jako przykład nadużywania instrumentów prawa autorskiego. Mechanizm ochronny zaczyna wtedy służyć celom wykraczającym poza funkcję, dla której został ustanowiony.

Paradoksalnie taka maksymalizacja ochrony może zaszkodzić twórcom. Jeżeli najpierw wprowadzamy opłatę, a dopiero później zastanawiamy się, czy rzeczywiście istnieje szkoda i jaka powinna być jej wysokość, to zachęcamy rynek do zamykania eksploatacji w środowiskach w pełni kontrolowanych przez największych dostawców. To oni mają zasoby prawne, techniczne i finansowe, aby funkcjonować w takim systemie.

Skutek może być odwrotny od zamierzonego. Zamiast większej różnorodności kultury będziemy mieli jeszcze większą koncentrację dostępu w dużych serwisach streamingowych. Użytkownik będzie coraz częściej uczestniczył w kulturze tymczasowo, warunkowo i wyłącznie w ramach aplikacji. Nie sądzę, aby twórcy rzeczywiście tego chcieli, ale logika nieograniczonego rozszerzania opłat może do tego prowadzić.

Czym w ogóle jest opłata reprograficzna, co rekompensuje i wobec jakich urządzeń jest ona uzasadniona? Jakby pan wytłumaczył zasadę jej działania laikowi?

Opłata reprograficzna ma rekompensować szkodę wynikającą z prywatnego kopiowania utworów. Chodzi o sytuację, w której prawo pozwala osobie fizycznej wykonać kopię utworu na własny użytek prywatny bez pytania twórcy o zgodę. Skoro twórca nie może takiej kopii zakazać, system przyznaje mu w zamian godziwą rekompensatę, która jest czymś innym niż wynagrodzenie autorskie.

To jednak nie oznacza, że opłata należy się za każde użycie urządzenia albo za każdy zapis danych. Twórca co do zasady chce, aby jego utwór był odbierany, oglądany albo słuchany. Samo czytanie książki, oglądanie filmu, słuchanie muzyki czy korzystanie z legalnej aplikacji nie jest szkodą. To naturalny sposób odbioru utworu.

Dlatego kluczowe jest odróżnienie zwykłej konsumpcji treści od prywatnego kopiowania. Dozwolony użytek prywatny nie dotyczy samego oglądania, słuchania czy czytania, tylko kopiowania. Prawo nie wymaga także zgody twórcy na samo zapoznanie się z utworem, a wyjątek prywatnego kopiowania ma znaczenie dopiero wtedy, gdy użytkownik wykonuje kopię, która bez tego wyjątku wchodziłaby w zakres monopolu autorskiego.

Opłata może być uzasadniona tam, gdzie dane urządzenie rzeczywiście służy do wykonywania samodzielnych kopii utworów, nad którymi użytkownik uzyskuje kontrolę. Nie jest natomiast uzasadniona tylko dlatego, że urządzenie ma pamięć, ekran albo umożliwia instalowanie aplikacji.

W przypadku usług dostępu na żądanie sytuacja jest szczególna. Użytkownik nie otrzymuje swobodnej kopii utworu, lecz dostęp do treści w kontrolowanym środowisku. Kopia offline w streamingu jest zazwyczaj zaszyfrowana, działa tylko w aplikacji, nie może być dowolnie przenoszona, a dostawca może ją zablokować albo usunąć. To jest obieg zamknięty, a nie klasyczna prywatna kopia.

TSUE w wyroku z 16 kwietnia 2026 r. wyraźnie pokazał, że wyjątek prywatnego kopiowania nie daje użytkownikowi roszczenia o zapewnienie technicznej możliwości sporządzenia prywatnej kopii. Innymi słowy, dostawca streamingu nie musi tak projektować usługi, aby użytkownik mógł wynieść plik poza aplikację.

Z tego powodu sama funkcjonalność smartfonów, tabletów, laptopów, telewizorów czy dekoderów nie przesądza o zasadności opłaty. Znaczenie ma realne prywatne kopiowanie utworów i szkoda, którą taka kopia może powodować. Tymczasem wiele aplikacji na smartfonach w ogóle nie służy eksploatacji utworów: bankowe, pogodowe, zdrowotne, administracyjne, giełdowe, sklepowe czy transportowe. Trudno więc zgodzić się z założeniem, że sama obecność takich urządzeń i aplikacji na rynku uzasadnia ich automatyczne obciążenie opłatą reprograficzną.

Nie można zastępować badania rzeczywistego zjawiska kopiowania abstrakcyjną cechą urządzenia. Funkcjonalność techniczna może być punktem wyjścia do analizy, ale nie może zastąpić przesłanki szkody, związku z prywatnym kopiowaniem ani mechanizmów wyłączenia lub zwrotu opłaty źle pobranej – czego w polskiej ustawie brak.

Opłata reprograficzna ma rekompensować straty wynikające z użytku prywatnego. Tymczasem w Polsce są nią objęte też urządzenia, np. kserokopiarki, wykorzystywane w biurach czy przez administrację publiczną, które co do zasady nie są używane do kopiowania utworów na użytek prywatny. Czy to zgodne z prawem?

Mam co do tego poważne wątpliwości. Użytek prywatny jest wyjątkiem dotyczącym sfery osobistej. Trudno automatycznie przenosić tę konstrukcję na sprzęt wykorzystywany w biurach, przedsiębiorstwach albo administracji publicznej.

To nie jest nowy problem. Już w sprawie Padawan z 2010 r. kwestia ta pojawiła się. Urządzenie służbowe, urzędowe albo biurowe nie powinno być traktowane tak samo jak sprzęt konsumencki. Nie przekonuje mnie założenie, że jeżeli urządzenie ma wbudowaną pamięć albo techniczną zdolność kopiowania, to należy przyjąć, że będzie służyło do prywatnego kopiowania utworów. Taka konstrukcja abstrahuje od rzeczywistego sposobu korzystania ze sprzętu. Inaczej używa się smartfona prywatnego, inaczej służbowego, a jeszcze inaczej urządzenia w urzędzie, biurze albo instytucji publicznej.

Nie znam badań, które w sposób przekonujący pokazywałyby skalę prywatnego kopiowania utworów na takich urządzeniach w środowisku biurowym lub administracyjnym. Tymczasem w uzasadnieniu projektu zmiany rozporządzenia z 2003 r. wskazuje się, że urządzenia objęte opłatą zostały opisane z uwzględnieniem współczesnych standardów sprzętu elektronicznego. To niewiele wyjaśnia, ale pokazuje logikę obciążania opłatą wszelkich urządzeń bez względu na aspekt szkody czy kopiowania. Nie wiadomo także, jakie standardy mają tu znaczenie i dlaczego sama nowoczesność urządzenia miałaby przesądzać o obowiązku zapłaty.

Obciążanie opłatą wszelkich urządzeń odwraca także właściwą kolejność rozumowania. Najpierw trzeba ustalić, czy istnieje relewantna szkoda wynikająca z prywatnego kopiowania, a dopiero potem projektować mechanizm jej kompensacji. Nie powinno być odwrotnie, czyli najpierw nakładamy opłatę, a następnie zakładamy, że szkoda musiała powstać. W mojej ocenie nie można a priori przyjmować szkody bez zbadania zdarzenia, które ma ją wywoływać. Dotyczy to zwłaszcza urządzeń używanych zawodowo albo urzędowo.