Promocja Polski robi się właściwie sama: nasz kraj ma opinię bezpiecznego i czystego. Czego więcej trzeba?
Kiedy na Netfliksie pojawił się „Heweliusz”, kilkudziesięciu znajomym z całego świata wysłałem wiadomość z linkiem do serialu.
Serial o katastrofie promu „Jan Heweliusz” w 1993 roku? Oryginalny pomysł na promocję Polski.
Chodzi o to, że „Heweliusz” jest bardzo dobrze zrobiony. A to się liczy w kulturze obrazkowej. Zapomnijmy o wielkiej hollywoodzkiej produkcji o wiktorii wiedeńskiej. To prawda, trwający dwie i pół godziny „Lincoln” Stevena Spielberga w istocie nią jest, ale uważam, że to bardzo dobry przykład: reżyser skoncentrował się na fragmencie życiorysu 16. prezydenta Stanów Zjednoczonych. Chcę przez to powiedzieć, że nie sprzedamy światu jakiejkolwiek postaci, opowiadając: „Urodził się, chodził do szkoły, wziął udział w bitwie, zmarł”. W książce „Niedyplomatycznie” (Port, 2026 – red.) przypominam pokaz odnowionej cyfrowo wersji „Potopu” Jerzego Hoffmana, który jako ambasada Polski zorganizowaliśmy w Waszyngtonie. Uczestniczył w nim jeden z ministrów, który zwrócił się do publiczności, opowiadając o wojnie polsko-szwedzkiej. To zupełnie bez sensu, bo nie o tym jest film. Wartością „Potopu”, która sprawia, że trafia do międzynarodowej publiczności, jest główny bohater, jego osobowość: Hoffman, który zresztą był za to krytykowany, odchudził powieść Sienkiewicza, tworząc opowieść uniwersalną, którą zrozumieją tak Polacy, jak i Amerykanie, Latynosi czy Azjaci. To przecież genialne.
Argentyńczycy mają piłkę nożną i tango, my także powinniśmy mieć cztery-pięć tematów.
Fiksujemy się na poszukiwaniu „świętego Graala”, czyli tego jednego kinowego przeboju o polskiej historii. Czy w ogóle możemy w tym obszarze konkurować ze Stanami Zjednoczonymi?
Na pewno jest to bardzo trudne. Problem mają z tym Chiny, które są przecież na drodze do tego, by w przyszłości stać się równorzędnym rywalem Stanów Zjednoczonych na płaszczyźnie geopolitycznej, ekonomicznej i technologicznej. Ale mimo starań, w projekcji swojego uroku kulturowego są dużo słabsi. A inaczej: zawsze przegrają z Disneylandem, Hollywoodem i Białym Domem. Jeśli zapytalibyśmy miliard ludzi, gdzie urzęduje prezydent Stanów Zjednoczonych, większość udzieliłaby prawidłowej odpowiedzi. A ilu wie, jak nazywa się siedziba Xi Jinpinga? W każdym amerykańskim thrillerze politycznym jest ujęcie Białego Domu, Pomnika Waszyngtona i Kapitolu, a takich produkcji są tysiące.
My musimy sobie radzić inaczej: małymi łyżkami, krok po kroku. Sprzedawać „Heweliusza” jako dobrą produkcję i Kmicica z jego historią – o zdradzie i lojalności, miłości i nienawiści itd.
BLIK i e-recepty wręcz wywołują zazdrość Niemców
Z książki „Niedyplomatycznie” dowiedziałam się, że w Polsce spotkała pana krytyka, ponieważ w opublikowanym przez izraelskie media artykule o generale Stanisławie Maczku zamiast „Niemcy” napisał pan „naziści”. Wyjaśnia pan dlaczego oraz podsumowuje: „Jeśli choć kilku czytelników tamtego tekstu w »Haaretz« uznało, że generał Maczek także powinien trafić do tego panteonu (łowców nazistów – red.), to być może użycie słowa »Nazi« zamiast »German« miało sens”.
Trzeba modyfikować przekaz, kierując go do różnej publiczności. Musimy znaleźć złoty środek między martyrologią a nowoczesnością, czyli między Janem Pawłem II a Wiedźminem. Jest jeden kontynent, na którym opowieść o Janie Pawle II zawsze się sprawdza: to Ameryka Łacińska – Meksykanie uważają, że Jan Paweł II był Meksykaninem, Brazylijczycy – Brazylijczykiem itd. W tym regionie Juan Pablo Segundo otwiera drzwi. Ale promując Polskę w Niemczech lub Hiszpanii potrzebne są inne opowieści. Rola Kościoła w polskiej i hiszpańskiej historii była inna. Zaś z doświadczenia wiem, że na Niemcach wrażenie robi poziom zaawansowania technologicznego Polaków: BLIK, e-recepty itd. wręcz wywołują ich zazdrość. Ba, wiem, że w ten sposób jesteśmy w stanie wzbudzić podziw Kanadyjczyka, któremu nie opowiadałbym o Janie Pawle II, a o mObywatelu.
Czytaj więcej
Jedyną opcją, jaką w pewnym momencie rozważałem, był wyjazd do Buenos Aires. Stale podkreślałem w korespondencji z MSZ, że moim warunkiem jest osią...
Przekaz musi być nie tylko zróżnicowany. Oferta nie może rozciągać się w nieskończoność. Argentyńczycy mają piłkę nożną i tango, my także powinniśmy mieć cztery-pięć tematów. Widzę to tak: odbijamy się od Marii Skłodowskiej-Curie, by opowiedzieć o polskiej nauce. Szczególnie w Stanach Zjednoczonych nie zapadnie się w pamięć, mówiąc o samej historii bez zrobienia kroku dalej.
Marię Skłodowską-Curie Polsce „ukradziono ”, czy daliśmy sobie ją „ukraść”?
Rozmowy z francuskimi dyplomatami wspominam jako – w dobrym tego słowa rozumieniu – uszczypliwe, ale na końcu zgadzaliśmy się, że to nasze wspólne, polsko-francuskie czy europejskie dziedzictwo. Z drugiej strony, jesteśmy spóźnieni o 40 lat, które zabrał nam komunizm. Kiedy Francuzi mówili o Marii Curie, zza żelaznej kurtyny nie mógł do nich dotrzeć głos sprzeciwu. Znaliśmy wtedy lepiej kulturę zachodnią niż kiedykolwiek na Zachodzie znano polską.
Nie chcę przez to powiedzieć, że po 1989 r. nie popełnialiśmy błędów. Największym z nich było zajęcie postawy „Wszyscy o tym wiedzą”: tak miał odpowiedzieć prezydent Lech Wałęsa, kiedy przed wystąpieniem w Knesecie, zasugerowano mu, by opowiedział o ratowaniu Żydów przez Polaków. Nie tylko Wałęsa, bo wielu innych polityków i ludzi elit, latami tkwiło w tym przekonaniu; refleksja przyszła właściwie niedawno.
Studia z psychologii najlepszą szkołą dyplomacji
Zaskoczyła mnie jednak surowa ocena polskiej dyplomacji ekonomicznej – myślałam, że jesteśmy w tym bardzo dobrzy.
I znowu: to nie robi się samo. Świetnie, że Polska się rozwinęła, ale trzeba o tym opowiedzieć innym. Mając tyle okazji do rozmów z różnymi ludźmi na placówkach w Tel Awiwie i Waszyngtonie – a wspierała mnie w tym żona – wykorzystywaliśmy każdą szansę. Nie potrzeba trzech godzin, bo wystarczą dwie minuty, by nasz rozmówca szeroko otworzył oczy. Młodzi ludzie pytają mnie, jakie studia warto wybrać, aby zostać dobrym dyplomatą. Wybrałbym – pół żartem pół serio – psychologię. Bo w ułamek sekundy muszę się zorientować, jak zainteresować mojego rozmówcę, jeśli skutecznie chcę mu sprzedać Polskę. Doświadczenie dziennikarskie z jednej strony mi przeszkadzało, bo dyplomata inaczej niż dziennikarz musi wiedzieć, kiedy nic nie mówić, z drugiej – umiejętność prowadzenia rozmowy, zdobywania informacji była cenna. Nie byłem zawodowym dyplomatą, a nominatem politycznym, ale moim zdaniem dyplomaci nie dzielą się na zawodowych i nie, a na tych, którzy lubią ludzi i rozmowy i takich, którzy za tym nie przepadają.
Percepcja Polski jako kraju postkomunistycznego wciąż jest wyzwaniem, a taki obraz latami utrwalały chociażby niemieckie media. Amerykanie mówiący, że jadą na wakacje do Europy, mają na myśli Francję, Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię. Mówią co najwyżej, że odwiedzili Warszawę, ale w takim przypadku – nie Europę.
Jest też pułapka średniego rozwoju – biznesmeni zachęcani do otwarcia się na kraje poza Europą nie mają mocy przerobowych.
Pisze pan o tym, że w 2025 roku duński minister spraw zagranicznych podarował egipskiemu zestaw klocków Lego „Piramida Cheopsa”. Po co to się robi? Czy w ten sposób da się cokolwiek załatwić?
Bo wszyscy to robią, rozumiejąc, że współczesna dyplomacja to w mniejszym stopniu traktaty, szczyty, konferencje, oświadczenia, a w większym – narracja. Samo podpisanie choćby dziesięciu traktatów rocznie – choćby i z największymi partnerami, nic nie da.
Czytaj więcej
Konsekwentna i wieloletnia praca w ciszy i spokoju. Rasowa dyplomacja. Mocne instytucje. Jasny cel. Ponadpartyjne porozumienie. Oto sekret zgubnego...
Jeszcze dwa lata od przyjęcia nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej (2018 r. – red.) byłem o nią pytany na spotkaniach z izraelską młodzieżą. Za każdym razem, kiedy w Izraelu padały – te same co zawsze – historyczne zarzuty pod adresem Polaków, mogłem jako ambasador oburzać się i pisać sążniste listy do gazet.
A zamiast tego?
Zdecydowałem się robić coś innego: opowiadałem konkretne historie – bez odautorskiego komentarza. Wierzę, że to ma większy sens niż nieustanne oburzanie się, szarpanie, rwanie szat. W wykonaniu wielu polskich polityków „oburzanie się” jest wartością samą w sobie. Sami poklepują się po plecach, kiedy się spektakularnie oburzą. Kiedy kilku izraelskich dziennikarzy zaczęło używać zmanipulowanych danych o rzekomych 200 tys. Żydów zamordowanych przez Polaków w czasie II wojny światowej, zapraszałem ich na kawę do ambasady i cierpliwie, choć stanowczo, tłumaczyłem, że to bzdury. Ciekaw jestem, ilu „oburzających się” kiedykolwiek podjęło trud takiej rozmowy na tematy historyczne z Żydami, Niemcami, Amerykanom.