Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stwierdził właśnie, że sposób powołania sędziego może wystarczyć do podważenia jego niezawisłości i bezstronności. Chodzi o wątpliwości co do wywierania wpływu innych władz, czyli polityków, na nominacje sędziowskie. W Polsce oczywiście. A dokładniej nie w Polsce jako takiej, tylko w Polsce nie rządzonej przez zwolenników Donalda Tuska. Bo przecież wpływ na nominacje sędziowskie – także sędziów TSUE – mają politycy we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej. W niektórych większy, w niektórych mniejszy. Ale w tych krajach, w których coraz większy na nominacje sędziowskie mają sami sędziowie, to są to sędziowie nominowani w czasach, gdy wpływ na ich nominacje mieli już politycy stojący dziś po stronie Demokracji Walczącej. W czasach, gdy rządzili chadecja czy konserwatyści, pomysłów, by w sądach rządzili sędziowie nie było. To nowy pomysł na wypadek, gdyby znowu zmanipulowany lud wybrał sobie polityków, nie takich, których wybrać sobie powinien. Gdyby nie miał – używając terminologii samego Karola Marksa, który był jednym z pierwszych orędowników prawdziwej demokracji – „zafałszowanej świadomości”.

Czytaj więcej

TSUE: przebieg procedury powołania sędziego może podważyć jego status

TSUE o neosędziach w SN. Co wynika z wyroku?

W efekcie jest tak, że jeśli jakiś wyrok wydaje w Polsce tak zwany neosędzia, czyli – jak czytam – „nominat upolitycznionej za rządów PiS Krajowej Rady Sądownictwa”, to inny sędzia może taki wyrok „po prostu unieważnić”. Zwrócę uwagę, że są „sędziowie” (a dokładniej „neo” – ale chodzi o osoby) oraz „sądy”. Co prawda to też są sędziowie, ale przecież mamy mieć wrażenie, że mamy do czynienia z jednej strony z jakimiś uzurpatorami, a z drugiej z „instytucją”.

Wyrok TSUE to pokłosie pytań prejudycjalnych, jakie w sprawie niezawisłości sędziowskiej zadali sędziowie nominowani w czasach, gdy rządzili Demokraci Walczący, a w KRS to zasiadali i tacy, którzy nominacje otrzymali, gdy rządzili komuniści. W sumie nie ma się co dziwić. Komuniści też walczyli o demokrację. Prawdziwą. Ale nie taką bynajmniej, w której w swojej „zafałszowanej świadomości” mógłby wybrać wrogów ludu. Tylko taką, w której rządziła „awangarda”.

Ponoć wyrok TSUE wprowadza w życie „oczywistą”, rzymską zasadę, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie (nemo iudex in causa sua). Zasada rzeczywiście jest oczywista. Tylko że gdyby wnioski o wyłączenie nowych sędziów mieli rozpoznawać starzy sędziowie, to byłoby to dokładnie złamanie tej zasady. Bo oni też będą orzekać w sprawach swoich i swoich kolegów – że tylko oni są sędziami. W związku z czym w przyszłości ich awanse już zawsze będą wśród swoich.

Ponoć potrzebny jest „kompromis”. Tylko że ci, którzy o nim piszą, jakoś nie piszą o tym, na czym ten „kompromis” miałby niby polegać. Bo projekty ustaw „uzdrawiających” przygotowane przez sędziów będących zwolennikami Demokracji Walczącej – to znaczy nie uznających demokratycznych rozstrzygnięć z czasów, gdy większość głosów w parlamencie i głos prezydenta miało PiS – zakładały, że w ramach „kompromisu” pogoni się sędziów w tamtych czasach nominowanych.

Profesor Maciej Gutowski powiedział niedawno, że strony sporu okopały się na swoich stanowiskach i zachowują się jak w anegdocie: „Najpierw partyzanci ganiali Niemców po lesie, potem Niemcy partyzantów, aż przyszedł gajowy i wszystkich z lasu pogonił”. Bardzo mi miło z tego powodu, gdyż w październiku 2023 r. pisałem, że potrzebny jest nam gajowy. Napisałem jednak, że „gajowy Marucha”. I… Zostałem oskarżony o antysemityzm i prorosyjskość. A „gajowy Marucha” to po prostu słynna postać z kultowej dla mojego pokolenia satyrycznej audycji „60 minut na godzinę” nadawanej w latach 1974-1981. Ale Demokraci Walczący są tak zaprzątnięci swą walką, że nie mają czasu takich rzeczy sprawdzać.

Autor jest adwokatem i doradcą podatkowym, profesorem Uczelni Łazarskiego

Czytaj więcej

Piotr Szymaniak: Bilans Żurka? Dużo PR-u, a efekty mizerne