Przez dekady kupowanie dóbr kultury wiązało się z fizycznym aktem posiadania, podczas gdy dziś przycisk „kup" w sklepach z e-bookami czy filmami online to najczęściej tylko zgoda na czasową umowę licencyjną. Jakie psychologiczne i prawne fikołki stosują korporacje technologiczne, aby utrzymać w nas głębokie przekonanie, że faktycznie stajemy się właścicielami cyfrowego komiksu czy książki?
W tradycyjnym świecie kupno książki czy filmu oznaczało nabycie egzemplarza, który stawał się własnością kupującego. W świecie cyfrowym sytuacja wygląda zgoła inaczej. W większości przypadków konsument nie kupuje utworu w klasycznym znaczeniu tego słowa, lecz otrzymuje licencję pozwalającą korzystać z niego zgodnie z regulaminem konkretnej platformy. W codziennym użytkowaniu różnica wydaje się niewielka, jednak nabiera ona znaczenia wtedy, gdy pojawiają się sytuacje nadzwyczajne. Przeciętny konsument rzadko zastanawiał się nad charakterem cyfrowej własności, ponieważ na co dzień nie odczuwał żadnych ograniczeń. Sytuację zmieniło dopiero kilka głośnych wydarzeń, które pokazały, że różnica między własnością a licencją nie jest wyłącznie prawniczą subtelnością, lecz może mieć bardzo konkretne konsekwencje dla milionów konsumentów.