Czy obeszłoby Państwa to, że nagle zniknął Singapur? Wywołałoby to smutek, empatię, nagłe zainteresowanie tym odległym miejscem, a może chęć sprawdzenia na mapie, gdzie to właściwie było? Ng Yi-Sheng w „Mieście lwa” wyjaśnia, że i sami Singapurczycy mieliby z takim faktem nielichy problem.
Bo jak właściwie podejść do tego państwa, miasta–państwa, wyspy, którego historia zaczyna się od tego, że pewien książę pomylił tygrysa malajskiego z lwem i teraz trzeba sobie z tym jakoś radzić. Chociaż lwa nigdy tu nie było, to jednak jest – w godle, maskotkach i pamiątkach oferowanych spragnionym egzotyki turystom. Co do tych ostatnich, to nie do końca lwa, ale Merliona, mitycznego stwora, pół–lwa, pół–rybę. Z jakiej legendy? A z genialnego projektu marketingowego, który połączył dwie historyczne opowieści.