Z tego artykułu dowiesz się:
- Na jakiej podstawie Biały Dom ponownie wprowadza cła i dlaczego ten ruch może zostać zablokowany przez Sąd Najwyższy.
- Kto w rzeczywistości ponosi koszty wojny handlowej i jak wpływa ona na inflację oraz jakość produktów w USA.
- W jaki sposób Chiny omijają amerykańskie restrykcje, osiągając przy tym rekordową nadwyżkę handlową.
- Dlaczego amerykańskie sądy mogą zostać sparaliżowane na lata przez roszczenia importerów domagających się zwrotu 130 mld dolarów.
Prezydent takich rzeczy nie daruje. Tym bardziej, że od dziesięcioleci jest przekonany do zalet polityki protekcjonistycznej. Mimo faktów, które temu zaprzeczają.
Gdy w lutym w trakcie spotkania z gubernatorami współpracownik podał mu karteczkę, w której była informacja o uznaniu przez Sąd Najwyższy za nielegalną fali ceł wprowadzonych w „dniu wyzwolenia” w kwietniu 2025 r., Donaldowi Trumpowi wymsknął się krótki komentarz: To wstyd!
Trump zarzucił sędziom zdradę
Zaraz też przystąpił do ataku na sędziów. Jego zdaniem „nie mieli oni odwagi podjąć właściwej decyzji”. Chodzi w szczególności o mianowanych przez samego prezydenta Amy Coney Roberts i Neila Gorsucha, którzy przyłączyli się do przewodniczącego 9-osobowego składu orzekającego Johna Robertsa i postawili się Białemu Domowi. W ten sposób choć w Sądzie Najwyższym konserwatywni sędziowie mają przewagę 6 do 9 głosów, to właśnie taką przewagą opowiedzieli się oni przeciw Trumpowi.
Sprawa dalece wykracza poza sprawy handlowe. Chodzi o przyszłość ustrojową kraju czy wręcz obronę demokracji i rządów prawa. Prezydent wypowiedział wojnę handlową niemal całemu światu powołując się na przepisy z 1974 r. o nadzwyczajnym zagrożeniu dla państwa. Miało ono wynikać z ogromnego deficytu handlowego kraju. Sędziowie uznali jednak, że żadnego takiego zagrożenia nie ma, a zgodnie z Konstytucją to do Kongresu należy określanie wysokości stawek celnych. W ten sposób Sąd Najwyższy zatrzymał szerszą kampanię prezydenta na rzecz przejęcia nowych kompetencji np. w polityce migracyjnej czy wojskowej.
Czytaj więcej
Prezydent USA Donald Trump wprowadził cła 10-12,5 proc. na ponad 80 gospodarek, w tym na kraje Unii Europejskiej. Nowe taryfy zastąpią wygasającą 1...
Trump od razu zareagował, przywracając cła tymczasowo, na 150 dni. Powołał się na inne przepisy z 1974 r. Ten ruch wygasł jednak w ten piątek. Ale z polecenia prezydenta przedstawiciel ds. handlu Jamieson Greer przeprowadził „analizę” tego, jak kraje importują towary wytwarzane z udziałem pracy niewolniczej. Wyszło mu, że 99 proc. importu do USA powinno być objętych cłami za taką pracę.
Wobec jednej grupy, jak Wielka Brytania, UE czy Japonia, zostały wprowadzone daniny w wysokości 10 proc. To te państwa, gdzie przepisy o zwalczaniu pracy przymusowej co prawda istnieją, ale zdaniem Waszyngtonu nie są wprowadzane w życie. Druga grupa, wobec której Amerykanie wprowadzili stawki 12,5 proc. to państwa, gdzie w ogóle żadnych przepisów w tym obszarze nie ma. Cłami nie zostały objęte strategiczne dla Stanów produkty jak ropa czy nawozy, a także te, które w Ameryce nie są wytwarzane.
Już wcześniej Trump wprowadził wysokie cła na import z Brazylii (to w zemście za rzekome prześladowanie przez prezydenta Luiza Lulę da Silvę swojego poprzednika Jaira Bolsonaro, który próbował przeprowadzić zamach stanu). Poczekał też do końca Mundialu, aby wprowadzić 50-procentowe stawki na import z Kanady takich produktów, jak auta czy miód.
Za cła zapłacili wyższymi cenami Amerykanie
Greer wysunął karkołomną tezę, że USA są jedynym krajem świata, który skutecznie wstrzymuje import produktów wytworzonych z użyciem pracy niewolniczej. Tymczasem Ameryka od dekad była czołowym importerem towarów choćby z Chin. Co prawda import ten w ub.r. z powodu wojny handlowej prowadzonej przez oba kraje drastycznie spadł, wciąż jednak wynosił ponad 300 mld dol.
Ale Greer szykuje nowy chwyt na wypadek, kiedy ostatnie cła zostaną zlikwidowane. Tym razem powodem wprowadzenia dodatkowych opłat miałaby być „nadprodukcja” u partnerów handlowych USA.
Tyle że to może słono kosztować prezydenta na poziomie politycznym. Jak wynika z sondażu Harrisa, 74 proc. Amerykanów jest przeciwnych takim działaniom. Nie tylko nie spełniła się obietnica Białego Domu, że dzięki cłom ruszą inwestycje w produkcję w samych Stanach, ale inflacja skoczyła w górę. Wynosi ona teraz 3,5 proc. w skali roku wobec 2,5 proc. w przypadku Polski. Bo też jak szacują ekonomiści, 90 proc. dodatkowych kosztów importerzy przerzucili na amerykańskich konsumentów. Gdy zaś ceny produktów z importu nie poszły do góry, to w dół poszła ich jakość.
Czytaj więcej
Donald Trump „się zakiwał”. Ciągła zmiana polityki handlowej miała wytrącić z równowagi partnerów USA. Ale spowodowała chaos w samych Stanach Zjedn...
Powstał też gigantyczny problem prawny. Między kwietniem ubiegłego roku a lutym bieżącego amerykańskie państwo pobrało od importerów cła o wartości 130 mld dol. Czy teraz, kiedy okazało się, że są one nielegalne, powinno je zwrócić? Upomina się o to w każdym razie ponad 300 tys. importerów. Ich wnioski sparaliżują na lata amerykańskie sądy.
Polityka celna nie doprowadziła też do zwycięstwa USA w rywalizacji z Chinami. Owszem, w ub.r. deficyt amerykański w wymianie z Państwem Środka spadł do 200 mld dol., jednak Chińczycy po prostu zaczęli wysyłać swoje produkty poprzez inne kraje, jak Wietnam czy Meksyk. Znaleźli też nowe rynki zbytu. W ten sposób nadwyżka handlowa Chin w 2025 r. osiągnęła rekordowy poziom 1,2 biliona dol.
Inne kraje, jak Unia Europejska czy Wielka Brytania, zrezygnowały z otwartych protestów. Ale jednocześnie przyjęły całkiem asertywną postawę tam, gdzie Amerykę szczególnie boli. Jednym z przykładów jest kara 890 mln euro, jaką w miniony czwartek Bruksela nałożyła na Google’a. Uznała, że informatyczny gigant wykorzystuje swoją dominującą pozycję. To zaś w wymianie usług – inaczej, niż w handlu towarowym – Stany Zjednoczone mają silną przewagę konkurencyjną.