Rekordowa liczba firm taksówkowych zniknęła w zeszłym roku z polskiego rynku. To nie koniec kłopotów branży. Wręcz przeciwnie: tempo spadku przybiera na sile. Powodem są rosnące koszty i coraz większa konkurencja ze strony globalnych graczy, jak Uber czy Bolt. Czy ten trend powinien nas cieszyć? Odpowiedź jest zaskakująco trudna.
Czytaj więcej:
Jakie są plusy i minusy uberyzacji
Wiele lat temu przyjechał do mnie znajomy spoza Warszawy. Za kurs tradycyjną taksówką z Dworca Centralnego na Gocław zapłacił zatrważająco wysoki rachunek, a trasa, którą jechał była – ujmując rzecz dyplomatycznie – zaskakująco długa. Rosnąca konkurencja sprawia, że takie sytuacje zdarzają się coraz rzadziej.
Dobrze, że mamy wolność wyboru, ale w pewnym momencie szala przechyliła się na drugą stronę. Na ulicach pojawili się kierowcy stosujący dumpingowe ceny, a jakość świadczonych przez nich usług i kwestia bezpieczeństwa nierzadko pozostawiają wiele do życzenia. Są zatrudniani na różnego rodzaju umowy, a policyjne statystyki pokazują, że część kierowców taxi na aplikację wozi nas nielegalnie.
Wydaje mi się, że jesteśmy w momencie szukania złotego środka w tym procesie. Dotyczy on nie tylko usług transportowych. Turystyka, edukacja, finanse, gastronomia – to tylko przykłady sektorów, w których ekonomia współdzielenia zmienia reguły gry.