Takie pozornie niewinne obrazki wywołują niepokój, ponieważ dobrze odzwierciedlają chaotyczne działania rządu. Miały one przeciwdziałać kryzysowi, a w rzeczywistości wywołują kolejne problemy.

Rząd wprowadził embargo na rosyjski węgiel, ale nie zajął się na czas zapasami surowca. Próbował zatrzymać cenę na poziomie 966 zł, a tymczasem zamroził rynek, bo pośrednicy mieli za małe subsydia, by sprowadzać surowiec. Gwałtowne anulowanie ustawy ustalającej maksymalną cenę węgla, przy utrzymaniu równoległej „państwowej” ceny na limitowane zakupy przez internet, nie wzmocniło przekonania, że zimą będzie on tani. Wprost przeciwnie: nakręciło obawy, że w ogóle go zabraknie.

Sen z powiek spędza także brak informacji o zakontraktowaniu gazu ze złóż norweskich. To już wywołało decyzje o ograniczeniu produkcji nawozów przez spółki Skarbu Państwa Anwil i Azoty. Obrazu zamieszania dopełnia niekończący się festiwal ogłaszania dopłat do kolejnych paliw. A kolejka chętnych coraz dłuższa.

Same rekompensaty z tytułu zamrożenia nadmiernego wzrostu taryf gazu dla 2 mln odbiorców indywidualnych oraz wrażliwych, takich jak szpitale czy żłobki, mogą wynosić 46 mld zł! Takie dane podaje branżowy portal WysokieNapiecie.pl. Do tego należy doliczyć 14 mld zł z utraconego podatku VAT, jeśli rząd przedłuży tarczę antyinflacyjną. A to przecież nie jest wszystko.

Nie wiadomo, ile będzie kosztowało wsparcie dla kilkuset przedsiębiorstw energochłonnych ani 10-proc. bonifikaty do rachunków za prąd. Nic nie słychać o tym, czy w ogóle rząd zaproponuje „tarczę” dla przedsiębiorstw, które najmocniej zostały dotknięte wysoką rynkową ceną gazu.

Koszty tych wszystkich dodatków, rekompensat i ulg, mających ograniczać koszt energii, przekroczą 100 mld zł. Ale rząd nie ujmuje ich w budżecie ani na ten, ani na przyszły rok. Dlaczego? Bo nie musi. Do perfekcji opanował sztukę kreatywnej księgowości międzyokresowego przesuwania kosztów i wypychania wydatków „na słupa” do funduszy pozabudżetowych.

To tworzy niepokój, również o wpływ tych zabiegów na inflację. Działania, które ograniczają popyt lub ceny, działają dezinflacyjne, ale rząd wyraźnie preferuje prymitywne dopłaty paliwowe bez progów dochodowych, a więc kosztowniejsze dla budżetu, najsilniej zwiększające popyt i w efekcie inflację.

Nie ma sygnałów promujących czystą i tanią energię. Jest wręcz przeciwnie: im ona droższa i brudniejsza, tym dopłaty wyższe. Gdy koszty ogrzewania węglem w „kopciuchu” są ponadpięciokrotnie wyższe niż pompą ciepła, rząd ciągle nie ma odwagi, aby przyznać się do błędnej polityki energetycznej. Może dlatego, że musiałby się wytłumaczyć z blokowania energetyki wiatrowej, torpedowania polityki klimatycznej czy KPO.

Nie ma co liczyć, że ten kryzys stanie się katalizatorem przyspieszenia transformacji energetycznej. Rząd dziś czyści swoje sumienie, dając dodatki paliwowe będące prostymi transferami społecznymi. Chce, aby one kojarzyły się z 500+ i dowodziły, że potrafi dbać o ludzi i na wszystko znajdzie pieniądze. Wiadomo, idą wybory.

I tak w tym naszym węglowym skansenie karawana jedzie dalej.