Zapowiedź Prawa i Sprawiedliwości o „odbudowie przemysłu stoczniowego” na szczęście skończyła się na zardzewiałej stępce w Szczecinie. A więc nie zdążono zmarnotrawić zbyt wielu publicznych pieniędzy. Z projektem budowy „polskiego samochodu elektrycznego” może jednak być gorzej. Powstanie z kolan polskiej motoryzacji w postaci Izery miało bowiem pierwotnie kosztować 5 mld zł.

„Izera jest urzeczywistnieniem marzeń o polskiej marce samochodowej. Nowoczesnej, odpowiadającej na wyzwania współczesnego świata. Zdolnej bez kompleksów konkurować z najlepszymi” – tak przedstawia się kontrolowany przez państwo przyszły producent na swojej stronie internetowej. Wybrano nazwę „Izera”, bo jest łatwa do wymówienia dla odbiorców zagranicznych, co zwiastuje plany światowej ekspansji. To akurat nie musi być dobra informacja, bo zakładane 5 mld zł na to zdecydowanie nie wystarczy. Trzeba będzie dosypać do rozgrzanego pieca dużo więcej, oczywiście z pieniędzy podatników.

Czytaj więcej

Izera, czyli druga stępka? Na polski elektryk wydano już 69 mln

Brytyjski premier Clement Attlee mawiał: „Rosyjski komunizm jest nieślubnym dzieckiem Karola Marksa i Katarzyny Wielkiej”. Jeśli spojrzeć z podobną przenikliwością na izerę, to jest ona nieślubnym dzieckiem Nicoli Tesli i Edwarda Gierka. A PiS kocha Gierka i jego rozmach. Dodajmy, że rozmach kosztowny. Gierek też marzył o polskim aucie, choć co prawda spalinowym. W tworzeniu poloneza brali udział – podobnie jak w przypadku izery – projektanci włoscy. „Był absolutnie okropny. Kierownicę połączono z przednimi kołami za pomocą cementu, a kiedy wciskaliście pedał gazu, mieliście wrażenie, że wysyłacie sygnał do otyłego, spoconego faceta w podkoszulku, który niechętnie wstawał ze swojego stołka w bagażniku, żeby dorzucić do pieca trochę węgla” – tak pisał o nim znawca motoryzacji Jeremy Clarkson.

Izera na pewno będzie lepsza. Dziś przecież można kupić na rynku najlepszy projekt, menedżerów i maszyny. Załóżmy, że uda się przezwyciężyć problemy, wyciąć las koło Jaworzna, zbudować fabrykę, uroczyście przeciąć wstęgi, a pierwszy egzemplarz podarować jakiemuś zasłużonemu obywatelowi. Tylko co dalej? Oczywiście chciałbym, żeby się udało. Ale to niemożliwe. Historia nie zna przykładów stworzenia przez państwo producenta aut i jego sukcesu.

Za parę lat blisko 2 mld zł utopione w elektrownię w Ostrołęce wyda się drobiazgiem. I to nie przez galopującą inflację. A ponieważ „Izera” jest sztandarowym projektem rządu, to dopóki PiS pozostanie u władzy, dopóty pieniądze będą płynąć, by pokrywać rosnące straty. PR-owy i polityczny zysk z nowego gadżetu tylko na początku będzie je równoważył. Potem pojawiać się będą kolejni prezesi uzdrawiający firmę – oczywiście nie za darmo – i kolejne pomysły, może nawet produkcji elektrycznych czołgów, bo to na czasie. Politycy PiS (załóżmy, że pozostaną u władzy) szybko zauważą, że Polacy nie okazali się patriotami i nie kupują masowo auta z polskim logo, woląc używanego „japończyka” czy „niemca”. Może więc od zakupu uzależni się wypłatę 500+ czy emeryckiej czternastki? Miną lata i rząd sprzeda nierentowną fabrykę. A winę zwali na czepiającą się Brukselę albo Berlin.

Déjà vu? Tak przecież było na początku lat 90. z FSO i FSM. Niemców się nie wpuści, więc kupią Chińczycy i zaczną produkcję swoich aut, tanich i oszczędnych. W sam raz na przejażdżkę do Szczecina, Ostrołęki lub na Mierzeję Wiślaną, by tam zwiedzić piękny, choć pustawy kanał za 2 miliardy zł.