Według narracji rządu PiS za drożyznę odpowiadają: UE, chiński nietoperz i Putin. W wystąpieniach pana premiera Morawieckiego było jeszcze coś o informatykach i generalnie o przedsiębiorcach. Natomiast zdaniem ekonomistów głównym powodem inflacji, oprócz Putina i nietoperza, są zerwane łańcuchy dostaw i… przedsiębiorcy. Bo kupują na zapas! Bo boją się Putina, zerwanych łańcuchów dostaw i… inflacji.

Tylko że zawsze w czasie inflacji przedsiębiorcy kupują na zapas. Bo za pół roku będą musieli za to samo zapłacić więcej. Ale za co oni kupują na zapas? To, co mają odłożone w bankach na swoich kontach, dość szybko by im się skończyło. Ale akurat przedsiębiorstwa – zwłaszcza te największe, które dużo kupują – mają kredyty obrotowe. W rachunkach bieżących na przykład. A niektóre, w odróżnieniu od ludzi chcących wziąć kredyt na mieszkanie, na nowy kredyt obrotowy, też dziś mogą liczyć. Skąd banki mają pieniądze na te kredyty? Ano „wypłukują je z powietrza”.

Tymczasem jedynym powodem inflacji jest nadmierna emisja pieniądza przez bank centralny i kreacja pieniądza kredytowego przez banki komercyjne działające na licencji banku centralnego.

Inflacja to wzrost cen w gospodarce. „Cen”! Liczba mnoga! Jeśli mamy do wykorzystania w charakterze pieniądza 100 ton złota, to jak coś podrożeje, coś innego musi potanieć. Nie może drożeć wszystko, bo jest tylko 100 ton złota. Jeżeli zamiast 100 ton złota mamy „100 ton złotych” – jest dokładnie tak samo. Jak drożeje pszenica, bo jest gdzieś susza, w związku z czym drożeje mąka, w związku z czym drożeje chleb, to albo jemy mniej chleba (popyt spada, cen się nie da podnosić), albo mniej kiełbasy. Cen chleba i kiełbasy równocześnie nie da się podnieść, bo mamy na nie „100 ton złotych”. Jeśli jednak dodrukujemy kolejne „10 ton złotych”, to pszenicy i kiełbasy od tego nie przybędzie. Ale za to ich ceny (liczba mnoga!) wzrosną!

Z jakiegoś powodu Pan Jezus nad Jeziorem Galilejskim nie rozmnożył dynarów, które mieli uczniowie, tylko chleb i ryby (bardziej postnie i koszernie od kiełbasy). Bo co by się stało, gdyby w okolicznych osadach pojawiło się nagle „5 tysięcy mężczyzn” z kieszeniami wypchanymi rozmnożonymi dynarami i chciało za nie kupić chleb i ryby?

Żeby zwalczyć inflację, trzeba przestać rozmnażać pieniądze. Ale wtedy wyborcy przez jakiś czas mogliby kupić mniej i bułek, i kiełbasy. Bo z wyhamowywaniem inflacji jest jak z wyhamowywaniem pociągu – w miejscu nie stanie, nawet jak lokomotywie w ogóle nie dosypiemy węgla (pieniędzy). Amen!

Autor jest adwokatem, profesorem Uczelni Łazarskiego i szefem Rady WEI