Szef rządu zaapelował do polskiej młodzieży o pisanie listów do rówieśników z Norwegii. „Piszcie do waszych młodych przyjaciół – oni powinni się podzielić tym nadmiarowym, gigantycznym zyskiem” z rosnących cen ropy i gazu – przekonywał. Sprawa jest więc poważna.

Premier zapewne przypomniał sobie czasy, kiedy polska młodzież „spontanicznie” na lekcjach rosyjskiego pisała listy do sowieckich pionierów. Dzięki temu Rosjanie dowiadywali się, że nasza młodzież zbiera grzyby i jagody, a także, że w Polsce można kupić gumę do żucia, co wzbudzało zazdrość radzieckich dzieci.

W czasie wojny nie ma jednak czasu na głupstwa. Dziś trzeba pisać z misją. Uczyć się dyplomacji za młodu. Chodzi bowiem o to, aby młodzi Norwegowie przekonali swój rząd, że muszą nam taniej sprzedać gaz, jeśli chcą uniknąć (oczywistych) oskarżeń, że żerują na wojnie.

Mogą podzielić się nadmiarowym zyskiem z nami, albo – równie wspaniałomyślnie – pomóc Ukrainie. Wszyscy przecież wiedzą, że norweskie firmy paliwowe topią zyski w jakimś funduszu dla przyszłych pokoleń.

Co innego u nas. Krajowi monopoliści wiedzą najlepiej, jak „sprawiedliwie” dzielić profity w rodzimym kręgu synekur. Nasze pałacyki, „rodowe srebra” zawsze zostają w polskich rękach. No chyba że sprzedać jakąś firmę, to wtedy wybieramy m.in. przyjaciół Putina.

Czytaj więcej

Witold M. Orłowski: Krew i interesy

Każdy apel, aby był skuteczny, musi najpierw wywołać poczucie winy. „Wszystko w polityce zaczyna się od wytypowania, określenia i ogłoszenia winnego” – pisał już kilkanaście lat temu na łamach „Rzeczpospolitej” Maciej Rybiński, jeden z najwybitniejszym polskich felietonistów. Dowodził on, że jedyną trafną definicją polityki jest sztuka szukania i znajdowania winnych.

I taką politykę do perfekcji opanował polski premier. Nie potrafi zaproponować żadnej sensowej polityki ograniczenia inflacji. Uporczywie za to nakręca zarówno samą inflację, jak i dyskusję o tym, kto jest jej winny. Najpierw winna była pandemia. Potem unijna polityka klimatyczna, która podnosiła ceny energii elektrycznej. Jak wybuchła wojna, to okazało się, że to wina Putina.

Ciągła gonitwa za kolejnym winowajcą powoduje rozchwianie poglądów. Majowe wyniki badań zrealizowane przez pracownię 4P research mix pokazują, że Polacy rzeczywiście upatrują źródła inflacji w wysokich cenach energii, za które winią w największym stopniu rząd, potem Rosję, ale też w mniejszym stopniu politykę klimatyczną UE i pandemię. Wydawałoby się, że lista winnych kiedyś się wyczerpie. Ale tak się nie stanie, bo w grze obwiniania jest metoda. Skoro diabeł czai się wszędzie, to i tak nie dojdziemy gdzie. Wtedy łatwiej usprawiedliwić, dlaczego rząd nie radzi sobie z inflacją. Mimo że dwoi się i troi, jak tylko wyczuje trop we wskazaniu kolejnej ofiary.

Premier nie wspomina, że zagapił się z zamówieniem gazu z Norwegii, ale znalazł (potencjalnie) winnego i natychmiast uruchomił „zręczną” dyplomację. Bo dobra polityka według PiS to nie jest tylko sztuka obwiniania dziś, ale również szukania winnych w przyszłości. Nie szkodzą kąśliwe komentarze ani szydercze felietony, byle zabawa w obwinianie pasowała do sytuacji. Jak nadejdzie zima, a gaz będzie drogi, to ludzie przypomną sobie o winie Norwega. Jak zdrożeje węgiel, to może padnie na Kolumbijczyka? W awaryjnej sytuacji zawsze znajdzie się jakiś San Escobar.