W słynnym dialogu melijskim Tukidydes przytoczył rozmowy między mieszkańcami małej wysepki Melos a wysłannikami potężnych Aten. Trwała brutalna wojna peloponeska, w której Melijczycy usiłowali zachować neutralność. Tłumaczyli Ateńczykom, że przecież neutralność maleńkiego państewka nic im nie zaszkodzi, że doskonale rozumieją ich interesy i nie mają zamiaru w żaden sposób ich naruszać. W odpowiedzi usłyszeli, że „sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zagwarantować; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują”. Nie pomogły ani błagania, ani zdroworozsądkowe argumenty. Ateńczycy ich wysłuchali, po czym zdobyli wyspę i wymordowali jej mieszkańców. Ucichło sumienie, zwyciężył polityczny realizm i bezwzględna realizacja własnego interesu.

Mogłoby się wydawać, że wszyscy musimy dziś czuć odrazę do rosyjskich działań w Ukrainie. Okazuje się, że jest inaczej, a własny interes często przeważa nad ewentualnymi wyrzutami sumienia. Przykłady?

Wiele krajów uznało, że napaść Rosji na Ukrainę to świetna okazja, by osiągnąć polityczne korzyści. Królują tu Chiny odmawiające potępienia agresji, bo bardziej im się opłaca czekać, aż Rosja wpadnie w ich objęcia, a USA się osłabią. Ale jest również Turcja blokująca rozszerzenie NATO po to, by uzyskać dodatkowe pieniądze, dostęp do nowoczesnej broni, a także złagodzenie krytyki Zachodu w sprawie walki z opozycją.

Wielu ludzi na całym świecie woli nie potępiać agresora, bo pasuje to lepiej do ich wyobrażeń o tym, co dobre, a co złe. „The Economist” przeanalizował miliony tweetów i pokazał, że w sprawie ukraińskiej wśród społeczeństw krajów rozwijających się dominuje niechęć do USA i zrozumienie dla działań Rosji. Potwierdzały to też słowa Franciszka, które tak zdumiały Europejczyków i Amerykanów: wsłuchujący się w głosy większości katolików na świecie papież zamiast potępić morderców, uznał, że ich zachowanie można tłumaczyć denerwującym „szczekaniem psa” u sąsiada. Ale nie można zapominać, że ponad 40 proc. Francuzów głosowało na biorącą pieniądze od Putina Marine Le Pen.

Czytaj więcej

Paweł Wojciechowski: Winny San Escobar

Wielu polityków uznało, że wojna to dla nich głównie „polityczne złoto”. Viktor Orbán wygrał dzięki niej wybory, nasi rządzący uznali, że jest to sposób wymigania się od odpowiedzialności za wybuch inflacji. Inflacji? Jakiej inflacji? Putinflacji (jak to przestanie działać, w rezerwie są Norwedzy).

No i wreszcie wiele firm na całym świecie (także u nas) po cichu robi co może, żeby nie rezygnować z płynących z Rosji zysków. W sumie nie ma się co dziwić: taka rezygnacja jest bardzo kosztowna, akcjonariusze koncernu Renault stracili właśnie dlatego 2 mld euro. Ukraina Ukrainą, ale mało kto chce, żeby jego osobisty majątek, albo kapitał w jego funduszu emerytalnym, się skurczył. Więc wielu menedżerów uważnie słucha właścicieli i robi co może, żeby przeczekać burzę i nie rezygnować z zysków firm. No i oczywiście z bonusów dla nich samych.

No cóż, taki jest świat. Może tylko pocieszać nas fakt, że kiedyś wszyscy winni „realizmu” będą się smażyć w piekle, a co najmniej w czyśćcu. I nie uratuje ich nawet modlitwa papieża.