Słowa piosenki Krzysztofa Klenczona pasują do wizji CPK: wspaniały terminal, dziesiątki milionów pasażerów, połączenia z całym światem, ultraszybkie pociągi, dowożące podróżnych. Wizję szczególnie poruszającą dla tych, którzy pamiętają jeszcze ciasną, sypiącą się ze starości konstrukcję, wzbogaconą o prowizoryczną blaszaną szopę, z zamkniętym tarasem widokowym („najbliższy czynny taras widokowy we Wrocławiu”), którą ponad trzy dekady temu nazywano szumnie portem lotniczym (japoński dziennikarz, który mnie wówczas odwiedził nie mógł się nadziwić, jak coś takiego można nazwać „lotniskiem”).
Wizja wizją, ale realizm wymaga sformułowania kilku uwag, nieco zakłócających radosne fanfary, snute fantazje i bombastyczne deklaracje polityków.
Po pierwsze, nie ulega wątpliwości, że Polsce potrzebne jest nowe, odpowiednie do skali kraju lotnisko. W 2000 r. z polskich lotnisk korzystało 6 mln pasażerów, dzisiaj 66 mln, a według prognoz liczba ta będzie nadal wzrastać. Świetnie położonego tuż przy centrum Warszawy Okęcia nie da się niestety odpowiednio rozbudować, ze względu na ograniczenia terenowe. Tworząc nowe lotnisko, trzeba je więc wynieść poza miasto i budować od podstaw, jak się to robi na całym świecie. Mimo protestów uważam, że wybrany kierunek był najlepszy, pozwalając na obsługę lotniczą Łodzi.
Po drugie, nie da się prawdopodobnie rozwinąć do sensownego, zapewniającego rentowność projektu poziomu ruchu z CPK, jeśli perspektywicznie nie wygasi się działalności Okęcia. To smutne, ale prawdziwe (można byłoby teoretycznie pozostawić nieduże lotnisko blisko centrum stolicy, ale koszt takiego rozwiązania byłby bardzo duży, a zniknęłaby korzyść w postaci zwolnienia wielkiej powierzchni miasta do zabudowy).
Po trzecie, to oznacza, że inwestycje w rozbudowę Okęcia są w pewnym stopniu marnowaniem środków. Niestety, są nieuniknione, bo stare warszawskie lotnisko musi służyć jeszcze co najmniej dekadę, a bez rozbudowy nie będzie w stanie wypełnić tego zadania. Skąd się wziął ten nierozwiązywalny problem? Stąd, że CPK należało zacząć budować (a nie tylko o tym gadać) co najmniej dekadę temu, a dzisiaj lotnisko powinno być już otwierane.
Ale po czwarte: opowieści o CPK jako o „kole zamachowym” rozwoju Polski to bzdura. To po prostu niezbędny fragment infrastruktury, który trzeba ogromnym kosztem wybudować. Gigantomania kazała trzykrotnie pomnożyć koszty, tworząc sięgającą korzeniami XIX wieku wizję pajęczyny kolei dowożących na lotnisko pasażerów z całej Polski (mieszkańcy wielkich miast oczekują, że większość lotów odbędzie ze swoich lotnisk regionalnych). Rozwój szybkiej kolei jest oczywiście potrzebny i powinien uwzględniać lokalizację CPK, ale wizja zlokalizowanego w szczerym polu kolejowego środka Polski jest w dzisiejszych czasach anachronizmem (dawniej takim środkiem były Koluszki).
No i po piąte, tytułem ostrzeżenia: sukces CPK będzie możliwy tylko wtedy, jeśli dostatecznie rozwinie się LOT (tak jak sukces lotniska w Stambule był związany z rozwojem Turkish Airlines). A jest to zadanie bardzo trudne, choćby dlatego, że w naszej części Europy jest już kilka hubów lotniczych i wielu potężnych konkurentów.
Słowem, CPK musi powstać. Ale nie jako miraż gospodarczej potęgi, ale jako dobrze przemyślany projekt, dostosowany do realnych potrzeb i możliwości polskiej gospodarki.