Słaby pod względem gospodarczym i politycznym, pozbawiony sojuszników, rozpaczliwie walczący o swoją suwerenność i integralność terytorialną kraj. Kraj atakowany przez znacznie potężniejszą, agresywną Rosję, której władca otwarcie drwi z jego słabości, zajmuje jego kolejne prowincje i, być może, w końcu w ogóle odmówi mu prawa do istnienia. Tak wygląda Ukraina w roku 2022. Czy nam to czegoś nie przypomina?

W gruncie rzeczy polityka Władimira Putina wobec Ukrainy jest niemal kopią tej, którą 250 lat temu caryca Katarzyna Wielka prowadziła wobec Rzeczpospolitej. Podobny jest punkt wyjścia. Rzeczpospolita – tak jak dzisiejsza Ukraina – była państwem słabym. Główną przyczyną były źle funkcjonujące instytucje, niezapewniające sprawnej władzy wykonawczej, a konsekwencją był pusty skarbiec i słaba armia. Po drugiej stronie była Rosja, której władczyni kpiła z polsko-litewskiej demokracji (tak jak Władimir Putin kpi dziś z demokracji ukraińskiej), uważając za ideał rządów samodzierżawie, czyli absolutną władzę carów. Niekontrolowana władza pozwalała na intensywną rozbudowę potęgi militarnej i politycznej Rosji, choć jednocześnie cementowała jej gospodarcze i społeczne zacofanie.

Przez lata celem Katarzyny nie była likwidacja Rzeczpospolitej, ale jej ubezwłasnowolnienie i zmiana w rosyjskiego satelitę. Dlatego jej agenci zwalczali ruchy, które mogłyby prowadzić do wzmocnienia sąsiada, a wspierali siły anarchii. Dopiero próby reform, które mogłyby zmienić sytuację Rzeczpospolitej, skłoniły ją do zmiany tej strategii i zajęcia siłą Warszawy. Aneksje kolejnych części kraju tłumaczyła jednak historycznym prawem do zjednoczenia ziem ruskich (Warszawę oddała Prusakom). Ale, tak czy owak, odkrawała jeden kawałek Rzeczpospolitej po drugim, aż zabrała dwie trzecie jej terytorium i blisko połowę ludności. Podobnie działa dziś, po utracie kontroli nad rządem w Kijowie, Władimir Putin.

Między sytuacją ówczesnej Rzeczpospolitej i dzisiejszej Ukrainy jest wyraźne podobieństwo. To właśnie słabość instytucji spowodowała, że oba kraje znalazły się w tak trudnej sytuacji w obliczu potężnej Rosji. Współczesna ekonomia uważa, że sprawne instytucje są niezbędne do rozwoju gospodarczego, stanowiącego podstawę siły państwa. Polska odrobiła historyczną lekcję i w okresie transformacji podjęła trud budowy takich instytucji, dzięki czemu dołączyła do świata Zachodu. Ukraina nie zdołała tego zrobić: przez lata tkwiła koło 150. miejsca na świecie pod względem warunków dla prowadzenia działalności gospodarczej (Doing Business), dopiero ostatnio odnotowując poprawę, a poziom korupcji nie zmienił się od połowy lat 90. (według Corruption Perception Index).

Różnice są wstrząsające: w ciągu minionych 30 lat polski PKB wzrósł ponad trzykrotnie, a ukraiński spadł o 30 proc. Nie wiem, czy udane reformy wystarczyłyby do tego, by Ukraina była dziś członkiem NATO i Unii Europejskiej, ale na pewno byłaby znacznie bliżej tego celu. A wtedy mniej groźna byłaby dla niej Rosja.

Niestety, w ciągu ostatnich kilku lat pozycja Polski w Doing Business pogorszyła się (spadek z 24. na 40. miejsce na świecie), pogorszył się wskaźnik korupcji, a stopa inwestycji spadła do najniższego poziomu od ćwierćwiecza.

Jednocześnie popsuły się relacje naszego rządu z najważniejszymi sojusznikami i z instytucjami Unii. W swoim czasie za takie działania płaciła swoim agentom Katarzyna Wielka, a na Ukrainie płacił Władimir Putin. Pragnę wierzyć, że obecnie mamy do czynienia tylko z niekompetencją i nieodpowiedzialnością.