Prawdopodobieństwo podwyżek, np. cen żywności, zwiększa to, że pochodząca z programu 500+ dodatkowa gotówka w kieszeniach klientów może złagodzić ból większych wydatków i ułatwić zaakceptowanie nowych, wyższych poziomów cenowych. Dotychczas ceny spadały: deflacja, która utrzymuje się od dwóch lat, w sierpniu nieco wyhamowała i wyniosła 0,8 proc.

Do podwyżek bardziej – paradoksalnie – przeć będą mniejsze sieci handlowe, choć to one są obciążone niższym podatkiem niż giganci. Po prostu mają mniejsze możliwości przerzucenia go na swoich dostawców, bo zamawiają mniej towaru i ich siła przetargowa jest mała. W ten sposób – wbrew intencjom rządzącego Prawa i Sprawiedliwości – nowy podatek uderzy w tych, których teoretycznie miał chronić.

Wielkie sieci – przynajmniej początkowo – będą się starały wymusić obniżkę marż na producentach. Ci z nich, którzy posiadają silne ugruntowane marki, mogą się opierać. Słabsi, bardziej uzależnieni od gigantów, pewnie ulegną, starając się powetować sobie to na własnych dostawcach. Dotyczy to zwłaszcza produkujących towary pod markami własnymi sieci handlowych. W ten sposób nowy podatek zwiększy presję na producentów żywności, którzy i bez niego żalili się na ciężkie warunki współpracy z handlem.

Prawdopodobieństwo takiego scenariusza zwiększa toczona właśnie przez Biedronkę i Lidla wojna rabatowa o zawartość portfeli rodziców robiących szkolne zakupy. Sieci, które w końcu sierpnia zaczęły prześcigać się w obniżaniu rachunków swoim klientom, po prostu nie będą chciały natychmiast wykonywać ruchu w drugą stronę.

Jednak każda taka wyniszczająca walka wcześniej czy później się skończy, a wtedy prawdopodobieństwo wzrostu cen się zwiększy. Alternatywnie detaliści sięgną po inne metody ukrytych podwyżek, jak np. zmniejszanie gramatury opakowań.

Tak czy inaczej nowy podatek bardzo zmieni układ sił na linii klienci–sieci handlowe–ich dostawcy–dostawcy dostawców. I to niekoniecznie w pożądanym przez jego pomysłodawców kierunku.