Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało..." – ten cytat z Moliera jest bardzo na czasie, gdy trzeba płacić 4,5 zł za franka, ponad 4,70 zł za euro i prawie 4,20 za dolara, a inflacja jest najwyższa od 20 lat.

Bank centralny tak w ostatnich latach bawił się radośnie złotym, nie przyjmując do wiadomości licznych ostrzeżeń, że w końcu się doigrał. Słabość waluty pogłębiła się w ostatnich tygodniach, a więc najgorszym możliwym momencie, bo teraz tylko podsyca inflację, bijąc m.in. w ceny paliw. Jak tak dalej pójdzie, przy cenie litra benzyny zobaczymy siódemkę z przodu. Nerwowo śledzą też notowania złotego posiadacze kredytów frankowych.

Czytaj więcej

Złoty w błędnym kole. Kurs euro wystrzelił najwyżej od 12 lat

Jak NBP tłumaczy obecną sytuację? „Wzrost wartości dolara pociąga za sobą zwykle spadek kursu walut naszego regionu. Niekorzystnie na złotego może także oddziaływać wyraźny wzrost liczby zachorowań na Covid-19 w Europie i w Polsce. Może to bowiem oznaczać konieczność wprowadzania obostrzeń, straty dla gospodarki i dodatkowe wydatki budżetu. Jednocześnie napięta sytuacja na granicy z Białorusią przyczynia się do pewnego odpływu kapitału z rynku skarbowych papierów wartościowych i GPW, co jest przejściowe. Nie są to zjawiska ani niezwykłe, ani groźne, jednak na pewno nie pomagają złotemu" – tak pieniężny sternik odpowiadał na pytania PAP. Rzeczywiście, nie pomagają. Taktownie pominął jednak wojnę z Komisją Europejską, co skutkuje blokowaniem Krajowego Planu Odbudowy, oraz rolę samego NBP i Rady Polityki Pieniężnej w doprowadzeniu do słabości złotego.

Prezes NBP jest zagorzałym zwolennikiem teorii, że słaba waluta jest dobra, bo wspiera eksporterów i – co za tym idzie – wzrost gospodarczy. Niestety, nie docenia faktu, że dla biznesu ważniejsza niż wysokość kursu jest jego stabilność. Gdyby było inaczej i mocna waluta byłaby czymś zabójczym zawsze i wszędzie, wysoki kurs franka już dawno zdewastowałby Szwajcarię, a ma ona właśnie rekordowo niskie i wciąż spadające bezrobocie – 2,5 proc.

Czytaj więcej

Dr Stanisław Kluza, były przewodniczący KNF oraz były minister finansów
Stanisław Kluza, były minister finansów: Polsce grozi inflacja dwucyfrowa

Nie tylko prezes NBP, ale i liczni rządowi ekonomiści zapatrzeni są w 2009 rok, kiedy osłabienie złotego pomogło gospodarce, wspierając eksport i wymiatając zagraniczne towary z półek sklepowych. Jednak dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Wtedy impuls dla gospodarki był silny, bo o wiele bardziej osłabił się złoty i był wówczas bardzo mocny. Teraz zaś stacza się w dół słabeusz. W innej sytuacji bylibyśmy, gdyby złoty osłabiał się teraz od kursu uważanego przez wiele lat za optymalny, czyli z grubsza 4 zł za euro, a nie z 4,50 zł, bo od takiego poziomu zaczął się ostatni spadek jego wartości.

Może w takiej sytuacji nie trzeba byłoby interweniować, co obecnie może się stać pilną potrzebą? A to zawsze jednak ryzykowny krok. Nie wiadomo, jak rynki finansowe zareagują na działania instytucji, która w ostatnich miesiącach osłabiła swoją wiarygodność, m.in. zwlekając, ile się da, z podwyżkami stóp procentowych i mamiąc rychłym spadkiem inflacji.

Czytaj więcej

Mateusz Morawiecki strącił trzy grosze