Komisja Europejska już oświadczyła, że „nie zawaha się skorzystać z uprawnień przysługujących jej na mocy traktatów, w celu ochrony jednolitego stosowania prawa Unii i jego integralności". Reakcja jest stanowcza, bo UE nie może sobie pozwolić na to, by każde z 27 państw interpretowało unijne prawo po swojemu, co prowadziłoby do stopniowego rozpadu wspólnego rynku europejskiego na 27 oddzielnych ryneczków krajowych.

Czy Bruksela może dyscyplinować rząd Morawieckiego? Jedynym językiem, który „dobra zmiana" rozumie, są pieniądze – po pierwsze z Funduszu, a po drugie z siedmioletniego budżetu Unii. W sumie to owe 770 mld zł, których zdobyciem PiS już zdążył się pochwalić na setkach billboardów w całym kraju. Jest obawa, że władza może ulec iluzji, iż jest w stanie sobie poradzić bez owych sum. Tę wiarę w samowystarczalność zapewne utwierdza sukces sfinansowania pośrednio przez NBP gigantycznych tarcz pandemicznych. Ale o ile może i dałoby się zastąpić 110 mld zł dotacji i 55 mld zł z Funduszu Odbudowy, o tyle zastąpienie reszty z owych 770 mld zł to oznaczająca gigantyczny skok długu publicznego mission impossible.

Ograniczenie przelewów z Brukseli to zła perspektywa, ale nie tak przerażająca jak mniej lub bardziej przypadkowy polexit i odcięcie Polski od liczącego niemal pół miliarda konsumentów rynku unijnego. Od kilku tygodni w odpowiedzi na tzw. raport Jakiego publikujemy w „Rzeczpospolitej" cykl „Co Polska ma z Unii", który pokazuje, jak głęboko różne branże naszej gospodarki wrosły w europejski rynek – od rolnictwa przez centra usług po produkcję AGD. We wszystkich tych dziedzinach jesteśmy w europejskiej czołówce, bo wejście do UE nie tylko otwarło nam rynki i dało dotacje na drogi, szkoły czy tramwaje, ale przede wszystkim przyciągnęło inwestycje. Dzięki nim wzrosła produktywność polskiej gospodarki, a nasz PKB ostro przyspieszył.

Polityczna rozgrywka z Brukselą na granicy polexitu to groźba ograniczenia dostępu lub wręcz odcięcie od kluczowego rynku, który odbiera aż trzy czwarte naszego eksportu. A w konsekwencji to utrata setek tysięcy miejsc pracy. To byłaby naprawdę tragedia, gdyby do tego doszło z powodu przepychanek wewnątrz rządzącej większości, a Mateusz Morawiecki, dowodząc, że nie jest miękiszonem, zostałby polskim Davidem Cameronem.