Pierwsza emisja obligacji określanych mianem „zielonych", o wartości 600 mln euro, miała miejsce 5 lipca 2007 r. Po debiucie nastąpiło kilka lat raczej mało dynamicznego rozwoju, a wartość rynku osiągnęła próg 10 mld dol. dopiero w 2013 r. Dziś to dziecko rynków kapitałowych rośnie jak na drożdżach. W ubiegłym roku z emisji zielonych obligacji zebrano 90 mld dol., ponaddwukrotnie więcej niż w 2015 r. W tej puli należy wyróżnić pierwszą w historii emisję zielonych obligacji zrealizowaną przez państwo, czyli transakcję o wartości 750 mln euro przeprowadzoną w grudniu 2016 r. przez Polskę. Początek 2017 r. przyniósł drugą emisję w wykonaniu władz państwowych – tym razem była to Francja, która wyemitowała zielone obligacje o rekordowej wartości (7 mld euro) i terminie zapadalności (22 lata).
Postępujące zmiany klimatyczne są zagrożeniem dla naszej planety. W ich ograniczeniu może pomóc pozyskiwanie energii z wiatru i słońca, systemy transportowe o niskiej emisji dwutlenku węgla czy też technologie, które sprawiają, że budynki – a nawet całe miasta – stają się bardziej wydajne energetycznie i które umożliwiają bardziej racjonalną gospodarkę zasobami wody. Wszystko to wymaga jednak ogromnych nakładów finansowych. Rynek zielonych obligacji może odegrać kluczową rolę w dostarczaniu tych środków. Umożliwia emitentom korzystanie z coraz większego napływu gotówki ze strony inwestorów poszukujących możliwości inwestowania w aktywa przyjazne dla środowiska.
W swoje dziesiąte urodziny rynek zielonych obligacji stanowi mniej niż 1 proc. całego rynku obligacji na świecie. Uważamy jednak, że będzie dynamicznie się rozwijał, z kilku powodów. Po pierwsze, nastąpiła ogromna zmiana w podejściu firm, konsumentów i inwestorów do kwestii związanych z ochroną środowiska, które w coraz większym stopniu determinują codzienne i strategiczne decyzje. Po drugie, postęp technologiczny sprawia, że niskoemisyjne rozwiązania (od alternatywnych źródeł energii po elektryczne pojazdy) stają się coraz bardziej dostępne. Dzięki temu „zielone" inwestycje są nie tylko etycznie, ale także – w coraz większym stopniu – ekonomicznie uzasadnione. Po trzecie, kolejne kraje podejmują działania ukierunkowane na ograniczenie negatywnego wpływu ich gospodarek na środowisko. Emisje zielonych obligacji w wykonaniu Chin i Indii w 2015 r. sprawiły, że rynek stał się bardziej zróżnicowany geograficznie. Wcześniej był zdominowany przez papiery wyemitowane przez kraje skandynawskie, Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. Startując z poziomu nieco ponad 1 mld dol. dwa lata temu, w minionym roku pula chińskich zielonych obligacji sięgnęła 33 mld dol., co stanowiło ponad jedną trzecią wartości wszystkich obligacji tego typu, które pojawiły się na rynku w 2016 r.
Wartość emisji zrealizowanych przez Indie jest skromniejsza, niemniej obserwujemy istotną zmianę w nastawieniu tamtejszych władz do niskoemisyjnych technologii.
Wraz z rozwojem tego rynku pojawia się sceptycyzm dotyczący „zieloności" tych papierów wartościowych. Czy środki pozyskane z tych emisji rzeczywiście są przeznaczane na „zielone" cele? Czy oby nie trafiają do firm, co do których proekologicznej postawy istnieją wątpliwości? Kto ocenia, czy dana emisja jest wystarczająco „zielona"? Emitenci skąpią czasami środków, aby zadbać o odpowiednią komunikację, raportowanie i certyfikacje, które umożliwiają rozwianie wątpliwości powstrzymujących część inwestorów od lokowania środków w zielone obligacje. A szkoda, bo związane z tym koszty są mniejsze, niż mogłoby się wydawać, a korzyści – bardzo duże. Nastąpił znaczny postęp w dziedzinie standaryzacji i monitorowania, co sprawia, że proces uwierzytelniania zielonych emisji jest coraz mniej obciążający. Na rynku dostępne są narzędzia umożliwiające ocenę nie tylko tego, czy dane papiery wartościowe są „zielone", ale także w jakim stopniu.