Każdego roku w marcu arktyczny lód morski osiąga swoje maksimum – zarówno pod względem powierzchni, jak i grubości. Później następuje topnienie – lód się cofa, aż do wrześniowego minimum. Obserwacje satelitarne wskazują, że tegoroczne maksimum osiągnięte 24 marca jest bardzo słabe – mniejsze nawet niż w 2015 roku.
Dane pochodzą z europejskiego satelity CryoSat, danych US National Snow and Ice Data Center (NSIDC) oraz amerykańskiej agencji kosmicznej.
Według Walta Meiera z NASA to efekt wyjątkowo ciepłej zimy. – Temperatura w Arktyce była od 5,5 do ponad 8 stopni Celsjusza wyższa niż normalnie. I te zmiany znajdują odbicie w grubości i powierzchni pokrywy lodowej – mówił Meier portalowi Live Science.
Podkreślił także, że NASA zbiera dane o arktycznej pokrywie lodowej regularnie od lat 70. ubiegłego wieku. Ubiegłoroczne maksimum było najmniejsze w historii pomiarów, ten rok będzie jeszcze gorszy.
– Straciliśmy jakieś dwa Teksasy tej zimy – obrazowo tłumaczył Meier. – W lecie będzie jeszcze gorzej. To samo dotyczy grubości. Utraciliśmy ok. 50 proc. objętości lodu morskiego od chwili, gdy zaczęliśmy satelitarne obserwacje.
Znikanie lodu w Arktyce ma również konsekwencje dla pogody w innych regionach świata. Pozbawiona białej skorupy lodu powierzchnia wody absorbuje więcej energii. Ogrzewa się, zaburzając dotychczasowe układy pogody. Na przykład – mówił Meier – zimne powietrze utrzymywane jest przez tzw. wir polarny ograniczany przez prąd strumieniowy. Zaburzenie tego układu przez ogrzanie otoczenia spowoduje „rozlanie się" zimnego powietrza na południe. A to – paradoksalnie – wywoła ekstremalnie niskie temperatury podczas zimy.
NASA zaplanowała dwie wyprawy w ten region – Operation IceBridge i Oceans Melting Greenland. Na naszym kontynencie naukowcy starają się przekonać Komisję Europejską do sfinansowania następcy CryoSat. Badacze obawiają się, że może się zepsuć w każdej chwili.