Pracownia Ksawerego Starowina na szczycie budynku przy ulicy Żuławskiego świeciła już z odległości. Różnokolorowe refleksy mieniące się spoza szklanych ścian sprowadzały zapalające się o tej porze światła innych mieszkań do wątłych, ledwie widocznych płomyków. Czwarte piętro stanowiło specyficzną konstrukcję nadbudowaną przez młodego artystę na dom postawiony jeszcze przed wojną i z odległości wyglądało jak nałożona nań korona. Szklane tafle rozwijały się z wyrastających w rogach i przypominających kolumny wsporników, a lekki dach opleciony metalową konstrukcją wydawał się przyfrunąć z innej rzeczywistości. Przechodnie zastanawiali się, jak można było uzyskać zgodę na taki projekt. Znajomi Starowina nie zadawali sobie takich pytań.

Zobacz na Empik.rp.pl


Przy wejściu witał ich gospodarz z wpatrzoną w niego młodziutką dziewczyną. Dochodziła godz. 9 wieczór. E-maile i SMS-y zapraszały między 20.40 a 21, zaznaczając, że drzwi zostaną potem zamknięte i „nikt (!)" nie zostanie wpuszczony. „Prosimy spóźnionych o niezakłócanie uroczystości" – mogli przeczytać w telefonach i komputerach. Przyzwyczajeni do ekscentryczności gospodarza traktowali to poważnie. Zaproszenie sugerowało, że chodzi, w każdym razie w pierwszej części, o przedsięwzięcie artystyczne. Powagi apelom gospodarza dodawali dwaj rośli, ponurzy ochroniarze ustawieni przy drzwiach wejściowych. Stojący tuż za nimi Starowin prosił o spokój.

– To ceremonia żałobna. Normalna zabawa zacznie się nieco później. Weźcie kieliszki z wódką. Poczekajcie na toast. Na razie nic innego do picia nie ma. Prosiłbym o ciszę i spokój. Potraktujcie to poważnie.

W całej pracowni, czasami rozpostarte na sztalugach, niekiedy częściowo ukryte za kotarami, podświetlone dyskretnym światłem pochowanych reflektorów, rozwieszone są wielkie fotografie Rafała Maja. W mundurze Legii Cudzoziemskiej; na plaży w otoczeniu grupy czarnoskórych akolitów prezentuje swoje potężne mięśnie; walczy na arenie; spoza okienka jeepa patrzy na wyrastającą z sawanny obłą górę, wokół której pasą się stada zwierząt; ze sztucerem pręży się dumnie nad ustrzelonym bawołem. Maj z kobietami: z urodziwą Murzynką na tle horyzontu, który wyznacza morze; ze śmiejącą się do niego dziewczyną na bulwarze nadmorskiego, przypuszczalnie śródziemnomorskiego miasta; i wreszcie obejmujący piękną Sylwię Nawrot. Cykl rozmaitych ujęć Maja ze Starowinem, parę zdjęć zrobionych również w tej pracowni – patrzą na siebie w trudny do zdefiniowania sposób, w którym może być uznanie, ale także ironia i wyzwanie. Maj odbija się w lustrach, którymi przesiane jest pomieszczenie pracowni. Pod ścianami pilnowane przez kelnerów we frakach stoją stoły, których zawartość przykryta jest białymi obrusami. Część pracowni odgrodzona została metalowym rusztowaniem przesłoniętym jasnym płótnem.

Spory tłumek, który zdążył zgromadzić się w pracowni, jest ściszony. Ludzie z kieliszkami wódki w rękach mówią półgłosem. Atmosfera napięcia udziela się – myśli Morski, rozpoznając kolejne postacie wchodzące do pomieszczenia. Zna tu prawie wszystkich. Sławny mistrz PR-u Olaf Nok z chłopcem przyczepionym do jego ramienia wymienia uwagi z Moniką Gają. Świeżo z amerykańskiego stypendium Mietek Pasikonik, charyzmatyczny lider „Praktyki Zaangażowanej", obserwuje wystrój pracowni ze specyficznym grymasem ni to uznania, ni pogardy. Uśmiech posyła mu Dominika Bies, właścicielka sławnego klubu Medea, ważna postać polskiego feminizmu. Pojawia się i Przybysz, który macha dłonią do Morskiego. Witają się wylewnie z Pasikonikiem, chociaż ich oczy pozostają czujne. Polują na tym samym polu – uświadamia sobie Morski. Pasikonik wierzył w swoją charyzmę i przywódcze zdolności. Była to jednak manufaktura. Potem na scenę publiczną wdarł się ze swoją PR-owską, nowoczesną maszynerią Przybysz. Zdystansował i przesłonił Pasikonika. Teraz to on wciela postęp i nowoczesność, on stanął na czele walki z polską kołtunerią. Dlatego teraz poklepuje po ramieniu Pasikonika, patrząc na niego z czymś w rodzaju wyższości roztopionej w sympatycznym uśmiechu. Redaktor „Praktyki" przyjmuje to spokojnie i odwzajemnia spojrzenie. Walka jeszcze się nie zakończyła.

Z bliska fotografie ogląda, jak zwykle zagubiony w swoich myślach, Kelet. Tuż przed 9 do pracowni wsuwa się z bolesnym skrzywieniem wtopionym w ciastowate oblicze Rosa. Dookoła w ciszy przechadza się tylu ważnych, których Morski zna osobiście. Nie może uwolnić się od uznania dla Ksawerego, który potrafił im wszystkim narzucić sposób zachowania. Adwokat czuje, że będzie się musiał nad tym głębiej zastanowić.

Drzwi się zamykają. Bramkarze zostają na zewnątrz. Starowin uwalnia rękę od palców dziewczyny i podchodzi do środka sali. Morski zauważa, że na postumencie, na który nie zwrócił dotąd uwagi, stoi urna. Domyśla się jej przeznaczenia.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Zgłoś swój projekt w konkursie dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

– Dziękuję, że przyszliście – zaczyna Starowin z niezwykłą powagą. – Dziękuję także, że zachowujecie się tak, jak was o to prosiłem. Bo to nie jest zwyczajna impreza. To pożegnanie naszego przyjaciela Rafała Maja, którego znaliście wszyscy, a który zginął pod kołami samochodu dwa tygodnie temu. Miał 36 lat i wydawało się, że nic nie jest w stanie go zatrzymać. Dziś znajduje się tu – Ksawery wskazuje urnę.

– Wart był, wart jest, żeby go pożegnać. Żeby wypić za niego ostatni toast. Ale ponieważ był tak niezwykły... – Starowin rozgląda się po pracowni z dziwnym uśmiechem. – Ponieważ jest tak niezwykły, postanowiłem zaprosić go na jego własną stypę. Kto jak kto, ale on przecież potrafi nadać życie własnemu, pośmiertnemu spotkaniu. Rafale! Odezwij się do nas! Pijemy za ciebie! – woła Ksawery i wychyla kieliszek.

– Gnoje! – grzmi w pracowni tubalny, zwielokrotniony głos Rafała Maja. Światło przygasa, reflektory zaczynają pulsować. Twarze Maja na fotografiach ożywają. – Gnoje! – ryczy Maj. – Zwiędłe kutasy! – Coś, jak cichy syk, przelatuje między obecnymi. Morski ma wrażenie, że się kulą, słyszy jakieś histeryczne szepty, ale nad wszystkim dominuje potężny głos Rafała. – Tchórze, kurwy, geszefciarze, nie macie nawet odwagi przyznać się do swoich oszustw! Pseudonitzscheaniści. Chowacie się za osłoną fałszywych idei, sentymentalne pedały, swoim kompleksom chcecie podporządkować świat i zbudować go na resentymencie! Hipokryci!

Słowa Maja płyną z wielu miejsc. Wydaje się, że zmieniają źródło. Dobiegają od coraz to innego, ożywającego portretu. Tymczasem w początkową ciszę natrętnie wdziera się szmer przerywany coraz głośniejszymi chichotami, mimo że głos Maja zagłusza je nadal.

– Impotenci śnią o niekończącym się orgazmie. Niedojebane dziwki zawodzą o samowystarczalności. Ten kontynent ginie! Rozgrymaszone mięczaki, paniczyki nienawidzące swoich rodziców, którym zawdzięczają wszystko. Niezdolne do walki tchórze produkują pacyfistyczne ideologie i każdego, kto ma jaja, usiłują wykastrować. Rewolucjoniści za pieniądze tatuśka albo europejskie stypendia walczą z korporacjami po godzinach pracy!

Śmiech narasta, bucha powszechną radością, nieomal zagłusza ostatnie słowa Maja, słyszalne tylko dla nielicznych.

– „Oda do radości"! Biedny Beethoven w grobie się przewraca. Hymn przerobiony na melodyjkę dla biurokratów, którzy marzą o europejskiej cieplarni. Ostatni ludzie!

– Skądś ty go wziął? No, powiedz, skąd go wytrzasnąłeś?! – Przybysz zatacza się ze śmiechu. – Rzeczywiście, niesamowite!

– Udało ci się uruchomić stolik? Musisz podzielić się z nami tą wiedzą, Ksawery. Słono zapłacę. Dla mnie to bezcenne – woła, nadbiegając, Nok.

– Spokojnie! – podnosi głos Starowin. Nie wygląda na rozbawionego. – Cisza! To jego słowa do was! Zaprosiłem go, aby coś wam powiedział. A on przyszedł... – Nikt go nie słucha. Wesołość ogarnia pracownię. Zebrani pokrzykują do siebie i zaśmiewając się w głos, przypijają do portretów Maja. Podbiegają, aby pogratulować gospodarzowi.

Twarz Starowina wykrzywia się z odrazą, wysuwa ręce, nie pozwalając im podejść za blisko, nie odpowiada, wreszcie macha lekceważąco dłonią.

– No i widzicie, że miał rację?! Bawcie się, chlajcie, żryjcie. To wasze święto!

Wykonuje gest. Pomieszczenie jaśnieje. Z głośników płynie „Oda do radości", ale po paru taktach przeistacza się w skoczną melodię Dixielandu, a kelnerzy podrywają obrusy, pod którymi piętrzą się talerze wykwintnych dań i butelki z alkoholami.

Po kolacji Morski chciał się przejść po Berlinie, który znał słabo. Niespodziewanie Kelet zaproponował mu towarzystwo. Odchodząc w bok od Bramy Brandenburskiej, zagłębili się w wyludnionym w nocy labiryncie szklanych wieżowców. Kelet cichym głosem opowiadał mu o sławnych architektach projektujących to, jak twierdził, najnowocześniejsze miasto świata. Między powielającymi się w nieskończoność odbiciami, w przezroczystych ścianach i mozaikach szyb, prowadzeni błyskającymi zewsząd sztucznymi światłami, między którymi zagubił się księżyc i trzeba było wyłuskiwać go dopiero spomiędzy kolejnych odbić, między tunelami zamierających w mroku refleksów, adwokat poczuł się nieswojo.

Lepiej nie myśleć. Dziś uważamy, że wszystko należy się wszystkim. Czy to nie jest śmieszne? Ale tak jest dobrze

– Dlaczego tu tak pusto? – zapytał.

– Bo noc – odpowiedział zdziwiony pytaniem Kelet.

Zaprowadził go wreszcie do czegoś w rodzaju ogromnego, szklanego amfiteatru, którego ściany wypełnione były lokalami i sklepami. Zapadli w pustawej kawiarni nad piwem i Morski poczuł ulgę.

Mówili o sprawie krzyża. Z czasem adwokat zaczął słuchać Keleta coraz uważniej. Potem rozmowa ta będzie do niego wracać jak żadna inna. Z niepokojem uświadamiał sobie, że nie potrafi zrozumieć jej do końca.

– Chrześcijaństwo zrobiło już swoje – mówił Kelet cichym, szemrzącym głosem. – Uwolniło nas od gniewnego, mściwego Boga Starego Testamentu. Od sprawiedliwości rozumianej jako zemsta. Bo może nie da się jej od zemsty oddzielić? Kiedy dziś mówimy o sprawiedliwości, ośmieszamy ją tylko. Pamięta pan Arystotelesa? Sprawiedliwość to danie każdemu, co się mu należy. Przecież to straszne. Tak naprawdę to na co my zasługujemy? Lepiej nie myśleć. Dziś uważamy, że wszystko należy się wszystkim. Czy to nie jest śmieszne? Ale tak jest dobrze. Uwalniamy się od tego ciężaru, którego nie potrafiliśmy przecież udźwignąć. Chrześcijaństwo pomogło nam. Sprawiedliwość zastąpiło wybaczeniem i miłosierdziem. Teraz jednak trzeba także uwolnić się i od chrześcijaństwa. Musimy wyjść z cienia krzyża, który nas oślepia. Musimy wyjść na światło dnia, gdzie już nic nie będzie nas ograniczało ani wskazywało kierunków. W otwartą, nieograniczoną przestrzeń.

– Pustkę? – Morski spytał bez zastanowienia. Może najbardziej będzie potem zastanawiał się nad swoimi pytaniami.

– Dlaczego pustkę?

– Bo nieograniczona przestrzeń to pustka.

– To niech będzie pustka. Ona zapewni nam wolność.

W kręgu Przybysza obok jego partyjnych kolegów pojawiały się jeszcze inne postacie. Był tajemniczy człowiek o nazwisku Nowak oraz jeszcze jeden, którego patron przedstawił mu, ale tak, że trudno było usłyszeć, a tym bardziej zapamiętać, jego nazwisko. Małomówny mężczyzna, który chichotał bez powodu, przybierał dziwne pozy i opierał twarz na dłoniach, jakby chciał ją ukryć. Gdy mówił, jego oczy się jarzyły. Obiecywał, że nadchodzi ich czas. Tak jak teraz Przybysz.

– Musisz tylko porozumieć się z dziennikarzami. Mam nadzieję, że pamiętasz. – Morski pamiętał. Bez reakcji mediów manifestacja pod krzyżem nie miałaby sensu. – Najważniejsze są telewizje. Chociaż „Słowo" jest istotne również. No i radia. Dotąd zajmował się tym Rosa. Od teraz to twoja działka.

– Rozumiem – Morski potwierdził z widoczną przyjemnością.

– A dziś wieczór widzimy się prawdopodobnie u Ksawerego. Urządza stypę po swoim kumplu i ochroniarzu. Obiecał jakieś szczególne atrakcje. Dostałeś zaproszenie?

Morski potwierdził. Już na odchodnym postanowił jednak rzucić jeszcze jedno wyzwanie.

– Wiesz, że nie jestem oszołomem – zaczął ostrożnie. – Ciekawi mnie jednak, czy rzeczywiście wiemy, co zdarzyło się pod Smoleńskiem? To tylko dla mojej wiedzy.

Twarz Przybysza stężała. Rozejrzał się dookoła.

– Czyś ty zwariował?! Zapewniasz, że nie jesteś oszołomem, a jak się zachowujesz? Pod Smoleńskiem zdarzył się wypadek! Rozumiesz?! Wypadek spowodowany przez polskich pilotów, a zawiniony przez nieżyjącego prezydenta. I nie ma żadnych pytań! I nie ma żadnych wątpliwości!

– Przepraszam, oczywiście masz rację, rozumiem – zameldował Morski, śmiejąc się w duchu, że Przybysz dał się nabrać na jego grę.