Roosevelt i zarembizm

Ukazał się pierwszy z dziesięciu planowanych tomów „Historii USA” Piotra Zaremby

Publikacja: 02.12.2012 15:00

Roosevelt i zarembizm

Foto: CORBIS/Bettmann

Uzbrojona demokracja. Teodore Roosevelt i jego Ameryka


Piotr Zaremba


Wydawnictwo, Miasto ROK

Do historii USA XX w. Piotra Zaremby mam swego rodzaju stosunek osobisty, w jakimś sensie bowiem towarzyszyła mi przez większość życia. Znamy się bowiem z Piotrem od pierwszego roku studiów. Jego amerykanistyczna pasja pojawiła się krótko potem i już wtedy zaczął on pracę nad tym dziełem. Od tego czasu minęło prawie 30 lat, najpierw razem studiowaliśmy, potem pracowaliśmy – raz razem, a w innych okresach – osobno. Zmieniał się system polityczny i gospodarczy, zmieniały się rządy, zmieniało się nasze życie osobiste, niezmienne było tylko to, że periodycznie Piotr wygłaszał monologi dotyczące dziwnych, chyba nikomu w Polsce nieznanych postaci, senatorów i gubernatorów o często dziwacznie brzmiących imionach oraz nazwiskach...

Aż w końcu jego dzieło zmaterializowało się. Okazało się ogromne – otrzymaliśmy dotąd tylko pierwszy tom, który prowadzi do roku 1912, wszystkich ma być 10. I doprawdy trudno sobie wyobrazić, aby po przeczytaniu książki Zaremby można było jeszcze poszerzyć swoją wiedzę na temat, który opisuje.

Temat, który okazał się fascynujący. Bo Zaremba opisuje Amerykę czasów, w których dopiero stawała się takimi Stanami Zjednoczonymi, jakie znamy. Kiedy uznawany przez nas za immanentną cechę USA system dwupartyjny już wprawdzie istniał, ale wcale nie był jeszcze oczywisty. Kiedy Ameryka zaczynała być mocarstwem, ale tak jakby jeszcze nie do końca wiedziała, co z tym zrobić (takie wahania – wynikające i z amerykańskiego idealizmu, i ze specyficznego położenia kraju oddzielonego od reszty świata dwoma oceanami – w jakimś zakresie nadal są cechą politycznych elit Stanów Zjednoczonych).

Poznajemy Amerykę, w której – co zapewne zdziwi niektórych bardziej fanatycznych zwolenników radykalnie pojmowanej ideologii wolnorynkowej, uważających USA za swoją Ziemię Świętą – w interesie ogólnospołecznym właśnie ograniczano niektóre przejawy wybujałej gospodarczej wolności. Wolności, która dla większości bywała problematyczna, przynosiła bowiem uzależnienie ubogich od bogatych. Wolności, w której państwo, w tym wypadku państwo amerykańskie, było zredukowane do roli strażnika interesów drobnej części obywateli – wielkiego biznesu i właścicieli trustów. Trustów, bliskich na pewnym etapie przekształceniu amerykańskiej gospodarki w system oligopolu, czego konsekwencją w polityce byłaby zapewne oligarchia. Trustów, którym po dłuższym wahaniu, wynikającym zarówno z przyczyn ideologicznych („Jak można ograniczać swobodę działalności gospodarczej?"), jak i uzależnienia polityków od wielkich kapitalistów, amerykańskie państwo wydało walkę. Którą ostatecznie w jakimś zakresie wygrało.

Właśnie, w jakimś zakresie... Bo nowa książka Zaremby jest dobrym przykładem tego, co niektórzy polscy dziennikarze i internauci nazywają „zarembizmem". „Z jednej strony tak, z drugiej strony – inaczej" – zżymają się ci, którzy od Zaremby (i szerzej – od piszących) oczekują sądów jednoznacznych, jasnego pokazywania kto jest/był dobry, a kto zły. Wyznawania jasnych podziałów, mowy „tak-tak, nie-nie".

Poleciłbym książkę Zaremby tym, którzy tak sądzą, a są otwarci na dyskusję. Bo drobiazgowe przedstawienie przez autora amerykańskiej polityki przełomu XIX i XX w. wykazuje całą fałszywość tego rodzaju spojrzenia na świat. Jej twórcy rzadko, w zasadzie nigdy, nie byli jednoznaczni. Chcieli dobra i jednocześnie kradli albo przynajmniej przymykali oczy na korupcję współpracowników (to ostatnie dotyczy również lubianego przez Zarembę prezydenta Theodore'a Roosevelta). Bywali wielkoduszni, a jednocześnie powodowani bardzo złymi emocjami. Rozmywali się w półcieniach. Książka Zaremby jest ważkim argumentem na rzecz tezy, że ci, którzy żądają ewangelicznej jednoznaczności przy relacjonowaniu rzeczywistości, obiektywnie domagają się po prostu fałszu.

Książka Zaremby pokazuje kraj i czas, które – przepraszam za ten banał – bardzo różnią się od naszego kraju i czasu. A przecież czasem trudno nie dostrzec ciekawych analogii. Z Polską dawną, w której po powstaniu styczniowym szlacheccy synowie tworzyli ruch socjalistyczny. A w Ameryce w tym samym mniej więcej czasie „w poczuciu degradacji wobec aroganckich self-made manów i plebejskich bossów niektórzy synowie kolonialnych rodów zasilali szeregi reformatorów"...

Czy też myśli o pewnych analogiach nie wzbudza historia amerykańskich wojen z korupcją i, szerzej, quasi-oligarchizacją relacji między państwem a kapitałem? Wojen, które miały przypływy (polscy szydercy nazywają je fazami „wzmożenia"...) i odpływy. Po których znów następowały przypływy...

A wszystko to napisane – niech mi to profesjonalni historycy wybaczą – językiem innym niż ten, do którego oni nas przyzwyczaili. „Miał tyle pieniędzy, że mógł sobie pozwolić na żywot dżentelmena, i wystarczająco dużo temperamentu, aby go to nudziło". To o Theodorze Roosevelcie. Czuć dziennikarza.

Zdecydowanie warto przeczytać.

Uzbrojona demokracja. Teodore Roosevelt i jego Ameryka

Piotr Zaremba

Pozostało 99% artykułu
Literatura
Stanisław Tym był autorem „Rzeczpospolitej”
https://track.adform.net/adfserve/?bn=77855207;1x1inv=1;srctype=3;gdpr=${gdpr};gdpr_consent=${gdpr_consent_50};ord=[timestamp]
Literatura
Reiner Stach: Franz Kafka w kleszczach dwóch wojen
Literatura
XXXII Targi Książki Historycznej na Zamku Królewskim w Warszawie
Literatura
Nowy „Wiedźmin”. Herold chaosu już nadchodzi
Materiał Promocyjny
Bank Pekao wchodzi w świat gamingu ze swoją planszą w Fortnite
Literatura
Patrycja Volny: jak bił, pił i molestował Jacek Kaczmarski