Reklama

Szalona miłość króla Rogera

W Barcelonie angielski reżyser w fascynujący sposób pokazał polską operę Karola Szymanowskiego

Publikacja: 09.11.2009 18:31

Król Roger; ©A Bofill

Król Roger; ©A Bofill

Foto: materiały prasowe

Premiera w Gran Teatre del Liceu to kolejny etap wędrówki "Króla Rogera" po Europie. W ostatnich kilkunastu miesiącach wystawiono go w Teatrze Maryjskim w Petersburgu, na festiwalach w Edynburgu i Bregencji, w Operze w Bonn oraz paryskiej Opera Bastille. Żaden utwór sceniczny polskiego kompozytora nie cieszył się dotąd takim zainteresowaniem, trudno wskazać w ogóle inną XX-wieczna operę, która w tym roku miałaby tyle premier.

Co będzie dalej? Nie ma racji bytu powtarzana przez lata opinia, że "Król Roger" jest obdarzony wspaniałą muzyką, ale kompletnie nie nadaje się do teatru. Nie znaczy to wszakże, iż wszedł już do światowego kanonu operowego. Inscenizatorzy nadal muszą dokładać starań, by jego pogmatwana symbolika stała się czytelna i atrakcyjna dla dzisiejszego widza. Nie powinni postępować jak Krzysztof Warlikowski, który w Paryżu opowiedział głównie o swoich lękach i strachach, zaciemniając w ten sposób jeszcze bardziej sens dzieła.

[srodtytul]Trzy kolory [/srodtytul]

W Barcelonie Brytyjczyk David Pountney poszedł przeciwną drogą. Dla Polaków spektakl może wydać się zbyt prosty. My wiemy, że "Król Roger" zrodził się z fascynacji kompozytora średniowieczną Sycylią, że jest w nim konflikt między ascetycznym, średniowiecznym chrześcijaństwem a radosnym, dionizyjskim antykiem. I że patrząc na surowe oblicze Chrystusa w bizantyjskiej katedrze w Palermo, Szymanowski dostrzegł pociągający go wizerunek pięknego młodzieńca, bo o tym także jest "Król Roger".

[b] Walka o rząd dusz [/b]

Reklama
Reklama

David Pountney nie stara się wciągać widza w te interpretacyjne zawiłości, ale klarowną inscenizacją niczego nie trywializuje. Zachwyca uroda plastyczna kolejnych scen, mimo że reżyser posłużył się w zasadzie trzema kolorami: bielą dekoracji przypominającej antyczny amfiteatr oraz czernią i czerwienią kostiumów. Zróżnicowane światło wprowadza bogactwo nastrojów, a precyzyjny ruch zgodny z muzyką sprawił, że "Król Roger" ma wyrazistą dramaturgię.

Spektakl w Barcelonie jest zawieszony między współczesnością a odległą przeszłością. W świecie Rogera, opierającym się na surowych regułach, pojawia się tajemniczy Pasterz – erotycznie pociągający, który sprzeciwia się ustalonym normom.

Stajemy się świadkami walki o rząd dusz, ale i o kobietę, bo choć Rogera fascynuje przybysz, przede wszystkim kocha Roksanę. Ona ulega urokowi Pasterza, dzięki któremu odkrywa nieznany świat zmysłowych doznań. Roger uczyni wszystko, by jej nie stracić, choć upokarzany, będzie aż do końca podążał za orszakiem Pasterza.

W finale tłum poddanych, zrzuciwszy wcześniej czarne habity, staje przed nami we współczesnych ubraniach. Jednak wszyscy są zadziwiająco smutni, jakby reżyser chciał przestrzec, że dzisiejsze rozluźnienie obyczajów nie zapewnia szczęścia. I tylko Roger ze swym hymnem do słońca nie wydaje się mimo wszystko przegrany.

Gdyby dyrygent Josep Pons nie potraktował partytury "Króla Rogera" tak symfonicznie, a oddał niuanse muzyki i jej wokalną urodę, byłby to spektakl niemal perfekcyjny. Ale dzięki Amerykaninowi Scottowi Hendricksonowi (Roger), Niemcowi Willowi Hartmannowi (Pasterz) oraz Hiszpanowi Francisco Vasowi (Edrisi) przedstawienie trzyma poziom. Oni i świetne chóry dobrze radzą sobie też z polskim tekstem.

Barcelona ma drugą, polską obsadę. W niej wreszcie Monika Mych, a nie Niemka Anne Schwanewilms potrafi ukazać oniryczną delikatność partii Roksany, dobrym Rogerem – żywiołowym, ale pewnie śpiewającym – jest Artur Ruciński. Wspiera ich Pavlo Toystoy (Pasterz). W pozostałych rolach występują na zmianę Jadwiga Rappé i Agnieszka Zwierko (Diakonissa) oraz Daniel Borowski i Aleksander Teliga (Archiereios).

Reklama
Reklama

Do ośmiu listopadowych – niemal w całości wyprzedanych i świetnie przyjmowanych – przedstawień Gran Teatre del Liceu doda w niedzielę koncert ze "Stabat Mater" i III symfonią Szymanowskiego. A w holu barcelońskiej Opery można oglądać wystawę przygotowaną przez Instytut Adama Mickiewicza o "Królu Rogerze" i jego twórcy.

[i] Jacek Marczyński z Barcelony [/i]

[ramka] [b]Po „Królu Rogerze” następna będzie „Pasażerka” [/b]

David Pountney (rocznik 1947) to jeden z najbardziej znanych w świecie reżyserów operowych. Przez szereg lat związany był z brytyjskimi teatrami, przede wszystkim jako szef Scottish Opera (1975-1980) oraz English National Opera (1982-1993), potem pracował w całej Europie, także w Ameryce i Japonii. Od 2003 r. jest dyrektorem wielkiego, letniego festiwalu w Bregencji.

Pountney lubi artystyczne wyzwania, chętnie inscenizuje rzadko wystawiane na zachodzie opery słowiańskie: Janačka, Szostakowicza czy Martinu. Do jego ulubionych kompozytorów należy Szymanowski, o inscenizacji „Króla Rogera” marzył od lat, udało mu się to zrealizować obecnie dzięki koprodukcji festiwalu w Bregencji i teatru w Barcelonie. Chciałby wystawić także „Hagith” Szymanowskiego, w 2007 r. specjalnie przyjechał do Wrocławia, by obejrzeć tę operę.

Zanim zrealizuje to marzenie, zaplanował inną premierę. W przyszłym roku na festiwalu w Bregencji pokaże „Pasażerkę”. To opera żydowsko-polsko-rosyjskiego kompozytora Mieczysława Weinberga, który urodził się w 1919 r. w Warszawie, we wrześniu 1939 r. udał się na wschód i potem do śmierci w 1996 r. mieszkał w Moskwie. „Pasażerkę” skomponował według powieści Zofii Posmysz, tej samej, która stała się kanwą słynnego filmu Andrzeja Munka.

Reklama
Reklama

Premiera w Gran Teatre del Liceu to kolejny etap wędrówki "Króla Rogera" po Europie. W ostatnich kilkunastu miesiącach wystawiono go w Teatrze Maryjskim w Petersburgu, na festiwalach w Edynburgu i Bregencji, w Operze w Bonn oraz paryskiej Opera Bastille. Żaden utwór sceniczny polskiego kompozytora nie cieszył się dotąd takim zainteresowaniem, trudno wskazać w ogóle inną XX-wieczna operę, która w tym roku miałaby tyle premier.

Co będzie dalej? Nie ma racji bytu powtarzana przez lata opinia, że "Król Roger" jest obdarzony wspaniałą muzyką, ale kompletnie nie nadaje się do teatru. Nie znaczy to wszakże, iż wszedł już do światowego kanonu operowego. Inscenizatorzy nadal muszą dokładać starań, by jego pogmatwana symbolika stała się czytelna i atrakcyjna dla dzisiejszego widza. Nie powinni postępować jak Krzysztof Warlikowski, który w Paryżu opowiedział głównie o swoich lękach i strachach, zaciemniając w ten sposób jeszcze bardziej sens dzieła.

Pozostało jeszcze 81% artykułu
Reklama
plakat
Andrzej Pągowski: Trzeba być wielkim miłośnikiem filmu, żeby strzelić sobie tatuaż z plakatem do „Misia”
Materiał Promocyjny
Sieci kampusowe – łączność skrojona dla firm
Patronat Rzeczpospolitej
Warszawa Singera – święto kultury żydowskiej już za chwilę
Kultura
Kultura przełamuje stereotypy i buduje trwałe relacje
Kultura
Festiwal Warszawa Singera, czyli dlaczego Hollywood nie jest dzielnicą stolicy
Materiał Promocyjny
Bieszczady to region, który wciąż zachowuje aurę dzikości i tajemniczości
Kultura
Tajemniczy Pietras oszukał nowojorską Metropolitan na 15 mln dolarów
Materiał Promocyjny
Jak sfinansować rozwój w branży rolno-spożywczej?
Reklama
Reklama