1 „You Got Me" Ten zdolny poruszyć kamień, nagrodzony Grammy utwór zespołu The Roots z 1999 r. to jedno z największych dokonań współczesnego soulu. I choć podpisali się pod nim członkowie grupy, warto pamiętać, że Scott jest współautorką. Śpiewała też refren, ale na płycie zastąpiła ją Erykah Badu. Wytwórnia uznała bowiem, że Jill, skromna dziewczyna z Filadelfii, jest zbyt mało znana. To miało się szybko zmienić...
2 „Love Rain" Nie dość, że wydany w 2000 r. debiut „Who Is Jill Scott?" zaprezentował świeże połączenia soulu, hip-hopu, jazzu, r'n'b i poezji, to jeszcze przedstawił krótką historię damsko-męskich relacji. Mówił o dawnej miłości, zachłyśnięciu się nowym uczuciem, chwili gorzkiej refleksji i wyzwoleniu. „Love Rain" zawiera to wszystko w pigułce. Dobry rap, subtelny śpiew, niebanalna, przestrzenna produkcja czynią ją niezwykle przyjemną do przełknięcia.
3 „Another Day" Pierwsza płyta była na tyle dobra, że odbiła się szerokim echem. Słyszalnym nawet w Europie, czego dowodem jest współpraca Scott z brytyjską formacją producencką 4hero. „Dusza i ciało", jedyny w Polsce leksykon r'n'b i soulu, mówi o tym utworze krótko: „wybitny". Cóż dodać? Żywy, gustownie zaszczepiony nienachalnym retro. Słuchanie to czysta przyjemność.
4 „Family Reunion" Krążek „Beautifully Human" (2004 r.) uchodzi za najlepszy w dyskografii Jill. „Family Reunion" pokazuje dlaczego. Słodko-gorzki obrazek z rodzinnego zjazdu, z urzekającą partią smyczków i imprezowym gwarem na drugim planie nie sprawdziłby się bez artystycznego wyczucia i dojrzałości. Scott naprawdę błyskotliwe żongluje obrazkami i metaforami. Życiowy tekst z subtelnym, leniwym nieco akompaniamentem sprawdza się znakomicie.
5 „Come See Me" Na swoim o trzy lata późniejszym albumie „The Real Thing" artystka chciała pokazać więcej zdecydowania i determinacji. „Come See Me" to wokalna supremacja i dowód na to, że porównania do Minnie Riperton są zasłużone. W tej piosence słychać pewność siebie niepomną fizycznej niedoskonałości, w powietrzu wisi seks, a sekcja dęta wygładza to, co zbyt szorstkie.
6 „Epiphany" Jeszcze jedno danie z trzeciej płyty, ale o zupełnie innym smaku. Tu nie ma miejsca na nastawienie w stylu „Weź, co twoje, dziewczyno". Prędzej już ostrzeżenie: „Dobrze, weź, ale przygotuj się na uczucie pustki". Rytm deklamacji czy też muzyczny podkład w dużej mierze oparty na perkusji i basie nie powinien nikogo zwieść. Nie chodzi o rap, ale o poezję wyrzucaną z siebie na wzór slamerów. Bo Jill może pozować na zadziorną, ale jej wrażliwości nic nie wypleni.
7 ,„Some Other Time" Mogłoby się wydawać, że tegoroczne dziecko Scott, „The Light of the Sun", jest wbrew trendom, stroni od „singlowego" myślenia o muzyce. W takim razie „Some Other Time" jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jill śpiewa, nuci, melodeklamuje. Sarkastyczny w tonie tekst o byciu spławianą trafia na beat, który nasuwa na myśl najlepsze dokonania hiphopowej grupy Atmosphere.
* Jill Scott – Sala Kongresowa, PKiN, pl. Defilad 1 4.12 bilety 100 – 300 zł