Byłem  w jury konkursu ON AIR. Wypadałoby wyspowiadać się z werdyktu, ale że jest on znany z prasowych doniesień (jednogłośnie wygrał turecki dramat Kuma, ukazujący stosunki panujące w środowisku tureckich emigrantów w Austrii), skupię się na wydarzeniach, które połączyła dziwna filmowa energia.

 

Otóż pierwszego dnia honorowego Złotego Anioła za całokształt twórczości odbierała Geraldine Chaplin. Któż nie pamięta jej wielkich ról w filmach Carlosa Saury takich jakMrożony peppermint, Nakarmić kruki, Elizo,moje życie, albo zapadających w pamięć epizodów w Buffalo Bill i Indianie Roberta Altmana, czy Porozmawiaj z nią Almodovara. Młodsi kinomani kojarzą jej twarz ze współczesnych hiszpańskich horrorów, takich jakSierociniec, gdzie pojawiała się zwykle jako postać z innego świata: na wpół człowiek, na wpół duch.

Podczas odbioru nagrody artystka uraczyła nas pyszną opowieścią o swej wczesnej młodości i pracy w charakterze pomocy domowej w rodzinie polskich emigrantów – dystyngowanych arystokratów. Od nich nauczyła się pięknego polskiego przekleństwa „psia krew", którego używa po dziś dzień.

Kiedy widziałem tę pełną życia, a przecież mającą już swoje lata panią, żywiołowo opowiadającą o przeżyciach z młodości, przez chwilę pomyślałem, że stoi przede mną wielki Charles Chaplin: w swym nieodłącznym meloniku, za dużych butach, z laseczką, przegania ludzkie utrapienia, zamieniając je w śmiech.

Po skończonych uroczystościach pozwoliłem sobie podejść do artystki, by złożyć gratulacje. W jej niepowtarzalnym spojrzeniu – pełnym niewysłowionego, pięknego smutku – dojrzałem coś, co właśnie o spojrzeniu Charlesa Chaplina napisał kiedyś Jean Cocteau: że  „była w nim cała litość świata".  Byłem autentycznie wstrząśnięty. W jakiś wspaniały sposób w oczach córki odbijała się wielka uczuciowość jej ojca, dzięki któremu -  jak powiedział inny reżyser René Clair – „kino dostało w prezencie serce".

Roland Barthes napisał kiedyś fenomenalny esej o twarzy Grety Garbo – wielkiego „Sfinksa kina", unieśmiertelnionego przez celuloidową sztukę. Gdyby zobaczył spojrzenie Geraldine Chaplin, z pewnością napisałby esej o miłości zaklętej w oczach aktorki.  Powiedziałem Geraldine, że ma to samo współczujące spojrzenie ojca. Odrzekła , że Richard Attenborough – gdy planował realizację filmowej biografii Chaplina –  chciał, by zagrała sędziwego artystę. Właśnie z powodu tego spojrzenia. W końcu Geraldine zagrała jednak matkę bohatera, a samego Chaplina – fenomenalnie – Robert Downey Jr.

- Wie pan – mówiła Geraldine –  mój ojciec miał niezwykły dar. Sprawiał, że w jego obecności zawsze czułam się bezpieczna. Nigdy na mnie nie krzyknął i zawsze wiedział, kiedy jestem smutna, by przyjść i mnie pocieszyć – dodała.

. Tak się składa, że festiwale rządzą się swoimi dziwnymi prawami. Przypadkowe spotkania rezonują w oglądanych filmach, tworząc niezwykłą całość: połączenie przestrzeni ekranowej i pozaekranowej. Jednym z konkursowych filmów był holenderski dramat Hemel w reżyserii Sachy Polak, mający być kobiecą wersją Wstydu. Rzeczywiście, bohaterka – jak mężczyzna z filmu McQueena – żyje od jednej seksualnej przygody do drugiej, wszystko to ukazywane jest przez reżyserkę z dużą dozą realizmu. Ale najbardziej poruszają w tym filmie wcale nie seksualne ekscesy (jak połykanie śliny wypluwanej z ust partnera), lecz scena, kiedy dziewczyna zasypia zmęczona w domu swojego ojca i dręczą ją koszmary. I kiedy przez sen woła ojca, ten – nie budząc jej – bierze ją w ramiona i jak małą dziewczynkę przenosi do toalety, zdejmuje bieliznę i tuląc do siebie sadza na sedesie, by dziewczyna oddała mocz.

Być może dla wielu to dość osobliwe, wręcz niesmaczne, ale dla mnie, osobiście, to jedna z najbardziej poruszających filmowych scen, nawiązująca do Piety:. Jeden człowiek, trzyma drugiego w ramionach, próbując przejąć jego cierpienie. Bardzo rzadko zobaczyć można w kinie tak dojmujący obraz miłości ojca do córki, człowieka do człowieka.