Co myśli pan o nowym sezonie?

Andriy Yurkevych: Przyszły sezon jest niezwykle zróżnicowany pod kątem prezentowanych spektakli. Obfituje w atrakcyjne premiery, a także wznowienia. Mam na myśli „Oniegina" w reżyserii Mariusza Trelińskiego, którego dość długo nie widzieliśmy na naszej scenie. Ponadto szczególnym wydarzeniem będzie koncertowe wykonanie „Normy" Belliniego z Editą Gruberovą w tytułowej partii.

Po raz pierwszy przygotowuje pan u nas premierę opery Mozarta. Sądzi pan, że nasza ogromna sala sprzyja muzyce tego kompozytora?

Nie mam żadnych wątpliwości i podobnie jak w przypadku „Łaskawości Tytusa", muzyka „Czarodziejskiego fletu" z pewnością sprawdzi się na naszej scenie, jak i sama produkcja, która od momentu premiery zyskała mnóstwo zwolenników na całym świecie.

A jakie brzmienie orkiestry będzie pan chciał osiągnąć? Muzykę Mozarta gra się dzisiaj bardzo różnym dźwiękiem.

Nie chciałbym, by brzmienie orkiestry było pozbawione wibracji. Muzyka, jej charakter musi sprzyjać widzom, śpiewakom, pomagając im w rozumieniu dzieła. Z oczywistych względów nie możemy zbliżyć się do XVIII-wiecznego wykonania, ale będziemy wykorzystywać w spektaklach pianoforte z epoki Mozarta, gdyż akurat ta produkcja wymaga tego instrumentu ze względów muzyczno-inscenizacyjnych.

Lubi pan Mozarta?

Gdybym nie cenił muzyki Mozarta, nie mógłbym poprowadzić tego spektaklu. Dyrygowanie operą, która mnie nie porusza, nie ma najmniejszego sensu.

Rozumiem więc, że lubi pan też Rossiniego.

Autopromocja
Od 29.10 w "Rzeczpospolitej" i "Parkiecie"

Wszystko o zrównoważonym rozwoju i pozafinansowym raportowaniu spółek

Sprawdź szczegóły

Bardzo. Za humor i fantazję, ale przede wszystkim za jego niezwykły warsztat kompozytorski.

Zrealizował pan u nas „Wilhelma Tella", spektakl wróci w przyszłym sezonie.

Bardzo się cieszę, że publiczność będzie miała okazję ponownie zobaczyć „Wilhelma Tella" w reżyserii Davida Pountneya, gdyż jest to rzadko wystawiany tytuł.

Podobnie jak „Turek we Włoszech", którego premiera szykowana jest na wiosnę 2017 roku. To dwie bardzo różne opery Rossiniego.

„Wilhelmem Tellem" Rossini pożegnał się z teatrem. Ta opera zawiera wszystkie elementy wcześniejszych oper Rossiniego oraz wpływy francuskie. Z kolei „Turek we Włoszech" to utwór bardzo teatralny, muzyka musi precyzyjnie współgrać z akcją sceniczną. Ponadto zawiera dużą liczbę recytatywów, co wymaga szczególnej pracy, wizji reżyserskiej oraz stylowej gry aktorskiej śpiewaków.

Lubi pan być partnerem reżyserów?

Bardzo szanuję reżyserów, którzy cenią muzykę i idee kompozytorskie zawarte w partyturach. Dla nich potrafię zrobić wszystko, by spektakl miał nie tylko wartości muzyczne, ale byśmy wspólnie tworzyli teatralną jedność.

W obsadzie „Czarodziejskiego fletu" znalazło się dużo młodych polskich śpiewaków. Sam pan ich dobierał?

Razem z Izabellą Kłosińską, naszym dyrektorem ds. castingu, przeprowadziliśmy szereg przesłuchań. Postawiliśmy sobie za zadanie dobrać wyłącznie polskich wykonawców. Wielu z nich pracuje przecież w Niemczech, zna dobrze język, ponadto mamy też utalentowanych śpiewaków w Akademii Operowej naszego teatru.

W „Turku we Włoszech" nie udało się już skompletować polskiej obsady.

Mam bardzo konkretne oczekiwania w stosunku do wykonawców muzyki Rossiniego. Rzeczywiście, nie udało się nam skompletować w całości polskiej obsady do tego tytułu, ale dwie najważniejsze partie zaśpiewają Edyta Piasecka i Łukasz Goliński.

Zapowiedziana przez pana „Norma" ma być szczególnym prezentem dla widzów?

To jeden z moich ulubionych tytułów, a jeśli szukać najlepszej wykonawczyni partii tytułowej, na myśli przychodzi oczywiście Edita Gruberová.

Nie po raz pierwszy pan z nią pracuje.

Co ciekawe, po raz pierwszy spotkaliśmy się właśnie podczas koncertowego wykonania „Normy" Belliniego w berlińskiej Filharmonii. Byłem wtedy po premierze tego tytułu w Palermo. Od tego momentu współpracowaliśmy ze sobą dość często, a w 2018 roku poprowadzę jej pożegnalny występ w Operze w Zurychu, będą to finały trzech oper Donizettiego: „Anna Bolena", „Maria Stuarda" i „Roberto Devereux".

Czy zmienia się orkiestra Teatru Wielkiego - Opery Narodowej?

Opinię powinna wyrazić publiczność, nie mniej jednak orkiestra stale ewoluuje.

Ale zna pan już dobrze jej muzyków?

Tak i wydaje mi się, że czuję się tutaj jak w domu. Bardzo dobrze się rozumiemy, nie potrzebuję długich rozmów podczas prób, by wyrazić, czego w danym momencie utworu od nich oczekuję.

Co jest mocną stroną tego zespołu?

To prawdziwa orkiestra operowa, która wie, jak partnerować śpiewakom, umie grać w różnych stylach i ma wysoki poziom techniczny. Podczas ostatnich spektakli „Nabucca" na widowni znajdowali się zagraniczni goście, którzy uznali, że z tą orkiestrą można z marszu nagrywać płyty.

Ma pan okazję posłuchać, jak gra z innymi dyrygentami?

Tak, potrafi brzmieć inaczej w Mozarcie, w Richardzie Straussie czy barokowym Purcellu, co udowodniły tegoroczne premiery.

A czego naszej orkiestrze brakuje?

Jeszcze bogatszego repertuaru.