W ostatnim tygodniu przed zaplanowanymi na 25 października wyborami dojdzie do dwóch debat. Obie odbędą się w siedzibie TVP i będą transmitowane nie tylko na jej antenach, ale również w prywatnych stacjach informacyjnych.
O ile jednak wtorkowe starcie przedstawicieli ośmiu komitetów wyborczych było przesądzone, bo telewizja publiczna jest do jego organizacji zobowiązana prawnie, o tyle los debaty kandydatek na premiera dwóch największych partii wisiał na włosku. Ostatecznie szefowie sztabów PO i PiS porozumieli się w obecności przedstawicieli stacji telewizyjnych. Debata odbędzie się w poniedziałek. Ujawniamy kulisy negocjacji.
Spór o prowadzących
Oba sztaby liczyły, że rywal zechce zerwać negocjacje. Dla obu debata to zagrożenie. W PO wiedzą, że Ewa Kopacz będzie miała mniej czasu na przygotowania przez dwudniowy szczyt unijny w ten czwartek i piątek. I choć PiS liczył na debatę w tę sobotę, to Platforma odsunęła ją na przyszły tydzień.
PiS przystał na poniedziałek, bo w niedzielę widzów przyciągnie mecz siatkarski. Na prawicy słychać głosy, że debata jest Beacie Szydło niepotrzebna, bo to PO musi gonić i narażanie się jest niepotrzebne. Jednocześnie sztab jest przekonany, że jeśli już debata musi się odbyć, to powinno ją oglądać jak najwięcej widzów. – Media nam nie sprzyjają. Lepiej, by ludzie sami sobie wyrobili zdanie, niż mieliby je narzucić komentatorzy – uważa nasz rozmówca z PiS.
Negocjacje trwały pięć godzin i zdaniem obu stron były korzystniejsze dla konkurencji. W PiS nie podoba się trójka prowadzących. TVP wyznaczyła Piotra Kraśkę, TVN Justynę Pochanke, a Polsat Jarosława Gugałę.
Z naszych informacji wynika, że PiS sugerował, iż mogą oni nie być obiektywni. Przywołana została sytuacja z majowej debaty Bronisława Komorowskiego z Andrzejem Dudą. Jedno z pytań Pochanke wprowadziło marginalny dla tamtej kampanii temat chrześcijańskich uchodźców w Syrii. Podejrzenia PiS wzbudziła odpowiedź ówczesnego prezydenta. Wiedział, że Duda nie był na głosowaniu w europarlamencie nad raportem w tej sprawie i wykorzystał to do ataku w swojej odpowiedzi.
Ostatecznie uznano, że wskazanie dziennikarzy należy do stacji. Szef sztabu PiS Stanisław Karczewski tłumaczył potem, że dostał ultimatum. W innym składzie nie byłoby debaty. – Z zaskoczeniem przyjąłem, że pan marszałek Karczewski mówi o negocjacjach – odpowiadał szef sztabu PO Marcin Kierwiński.
Takie same pytania
W PO nie podoba się, że PiS przeforsował swoje inne warunki. Telewizje stanęły po jego stronie w najbardziej burzliwej kwestii. Kandydatki będą stały, zamiast siedzieć. – PiS rozegrał to sprytnie. Chciał czwartego bloku wzajemnych pytań, z którego wycofał się w zamian za to – mówi nasz rozmówca z PO.
PiS wywalczył też, by dziennikarze nie mogli przerywać ani komentować oraz to, że pytania muszą być takie same dla obu kandydatek.
– Szydło na konferencjach trzyma się przekazu jak nagrana. Nie będzie można jej wytknąć, że nie odpowiada – zarzuca poseł PO. Ale tu PiS również powoływał się na doświadczenia z debaty prezydenckiej, gdzie jego zdaniem dziennikarze wychodzili z roli bezstronnych moderatorów.
Debata potrwa 70 minut. Jej tytuł to: „Beata Szydło i Ewa Kopacz. Rozmowa o Polsce", a kolejność nazwisk została wylosowana.
Uczestniczki prawdopodobnie nie pojawią się dzień później na debacie pozostałych. Krytykował to Ryszard Petru, a w środę dołączyli do niego politycy PSL, lewicy i komitetu Kukiz'15, którzy boją się obniżenia rangi drugiej debaty. – Trzeba zapracować na zaufanie wyborców, żeby potem móc się równać z największymi – odpierał szef Klubu Parlamentarnego PO Rafał Grupiński.