„Do roli pasterza z pewnością należy także upominanie. Myślę, że w tym względzie chyba za mało czyniłem. Zawsze istnieje problem relacji między władzą a służbą. Może powinienem sobie wyrzucać, że nie dość próbowałem rządzić. (…) Myślę jednak, że pomimo pewnych trudności z upominaniem podjąłem wszystkie potrzebne decyzje. Jako metropolita krakowski bardzo starałem się, żeby je podejmować kolegialnie, tzn. naradzając się z moimi biskupami pomocniczymi i współpracownikami” – pisał na rok przed śmiercią w książce „Wstańcie, chodźmy!” Jan Paweł II, wspominając czasy swojej pracy w Krakowie.

Historia, którą opowiadamy, dotyczy właśnie tego okresu życia Karola Wojtyły. Podobnie jak ta, którą przestawiliśmy w artykule „Kościelne peregrynacje seksualnego drapieżcy” („Plus Minus”, 26–27 listopada 2022 r.), dotyka ona problemu wykorzystywania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych. Tamta opowieść dotyczyła ks. Eugeniusza Surgenta oraz kilku biskupów, którzy podejmowali decyzje, wiedzieli lub mogli wiedzieć o jego przestępczych działaniach. I choć jakieś ograniczenia na niego nakładano, to jednak duchowny wędrował między diecezjami i wciąż krzywdził dzieci. Działo się to także za przyzwoleniem organów ścigania komunistycznego państwa.

O przestępczych działaniach ks. Eugeniusza Surgenta, który wędrował między diecezjami, pisaliśmy w artykule „Kościelne peregrynacje seksualnego drapieżcy” (26-27 listopada 2022 r.).

Decyzje w sprawie ks. Surgenta podejmował też kard. Karol Wojtyła. Można się zastanawiać nad tym, czy były one wystarczające, ale wydaje się, że dość przekonująco udowodniliśmy, że działał w zakresie swoich kompetencji i ostateczne słowo w sprawie ewentualnej kary dla duchownego pozostawił jego ordynariuszowi, którym był biskup lubaczowski. Na to, że Surgent po wyjściu z więzienia pracował jeszcze w dwóch innych diecezjach, ówczesny metropolita krakowski nie miał żadnego wpływu.

Ale na to, co działo się z księdzem Józefem Lorancem, który od święceń kapłańskich aż do śmierci w roku 1992 był duchownym archidiecezji krakowskiej, już tak. Z materiałów archiwalnych, do których dotarliśmy, wynika, że w jego przypadku kard. Wojtyła podjął błyskawiczne, zgodne z kodeksem prawa kanonicznego (KPK), decyzje. I choć potem stopniowo uchylał ciążące na nim kary kościelne i okazywał mu daleko idące miłosierdzie, to jednak zachowywał czujność.

Czytaj więcej

Po publikacji "Rzeczpospolitej": Kościół szuka ofiar księdza-pedofila

1. Ksiądz Józef Loranc, rocznik 1932. Po ukończeniu seminarium duchownego archidiecezji krakowskiej 22 czerwca 1958 r. przyjął święcenia kapłańskie z rąk abp. Eugeniusza Baziaka. Pracował w parafiach: Bestwina (1958–1961), Rybna (1961–1963), Dobczyce (sierpień–wrzesień 1963), Wieliczka (1963–1965), Kobierzyn (1965–1968) i Jeleśnia (wrzesień 1968 – 1 marca 1970).

W opinii dotyczącej jego pracy w pierwszej parafii Służba Bezpieczeństwa (SB) pisała, że „zachowywał się nienagannie”. W parafii Rybna – jak donosił funkcjonariusz z Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Krakowie – „głównym jego zajęciem było nauczanie religii dzieci szkół podstawowych, nauka odbywała się w budynku plebanii. Wykazywał aktywność w pracy z młodzieżą szkolną, przez młodzież był lubiany. Dzieci szkolne nawet w godzinach wieczornych przychodziły do punktu katechetycznego, gdyż ks. J. Loranc wyświetlał im przezrocza”. W Wieliczce, gdzie pracował przez dwa kolejne lata, też nie było żadnych skarg. Ani od rodziców dzieci, ani od znających go nauczycieli. Podobnie było w Kobierzynie. Do parafii w Jeleśni ks. Loranc został przeniesiony w 1968 r. Powierzono mu m.in. naukę religii w punktach katechetycznych w Jeleśni Dolnej i Pewli Wielkiej oraz kaplicy we wsi Mutne.

List metropolity krakowskiego do ks. Loranca, w którym informuje go o decyzjach w jego sprawie

List metropolity krakowskiego do ks. Loranca, w którym informuje go o decyzjach w jego sprawie

IPN

5 marca 1970 r. do naczelnika Wydziału IV Służby Bezpieczeństwa Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie (KWMO) trafiła kilkustronicowa notatka. Dotyczyła rozmowy, którą pracownik bezpieki przeprowadził w Komitecie Powiatowym PZPR w Żywcu. Jej konkluzja sprowadzała się do stwierdzenia, że „nauczający religii we wsi Mutne ks. wikary z par. Jeleśnia podczas nauki religii w tamtejszej kaplicy parafialnej deprawuje dzieci oraz wyżywa się lubieżnie z nieletnimi dziewczynkami”. Następnego dnia bezpieka rozmawia z kierownikiem szkoły w Jeleśni, „który był dobrze zorientowany w całej sprawie”. Mężczyzna wyjaśnia, że wspólnie z kierowniczką szkoły w Mutnem rozmawiał z matkami kilku uczennic. Z rozmów tych wynikało, że ksiądz Józef Loranc „podczas nauki religii w tamtejszej kaplicy parafialnej wybiera sobie co ładniejsze dziewczynki z klas od I–VIII [błąd pisarski, bo w rzeczywistości chodziło o uczennice klas I–V – przyp. aut.] i sadza je w pierwszej ławce a następnie pozorując z dzieckiem grę »w chowanego« przykrywa dziecko sutanną albo płaszczem kładąc jedną nogę na ławce a następnie danej dziewczynce wkłada do ust członka, kładzie ręce dziewczynki na członka, każe się im bawić, ociera nim szyje i twarz dziecka. Proceder ten, jak wynika z rozeznania obydwu Kierowników Szkół zaczął uprawiać od początku bieżącego roku szkolnego, który trwał do chwili obecnej. W tym czasie ks. Loranc polecił w kaplicy w Mutnym założyć firanki na oknach, ażeby nie zostać podpatrzonym przez inne osoby, kiedy to »zabawiał« się z dziewczynkami. Lubieżne stosunki ks. Loranc uprawiał z kilkunastoma uczennicami ze wszystkich klas, które wyróżniały się urodą i czystością”.

Przestępcze czyny księdza wydały się przypadkowo w końcu lutego 1970 r., kiedy jedna z molestowanych dziewczynek wyznała nieco starszej krewnej, że „ksiądz na religii każe dziewczynkom bawić się »czymś«, co wyjmuje ze spodni, wkłada im to do ust i każe tym bawić się rękoma”. Kuzynka powtórzyła opowieść matce dziewczynki, a ta poinformowała inne, które w rozmowach z córkami potwierdziły te informacje. Kobiety razem z dziećmi poszły na skargę do proboszcza parafii Jeleśnia – ks. Feliksa Jury (1912–2008). Ksiądz nakazał kobietom nie rozpowszechniać tych wiadomości.

Jednak wieść szybko rozeszła się po Jeleśni. Esbek pisał, że „wytworzyły się dwa obozy kobiet, z których jeden był p-ko ks. Lorancowi, drugi zaś stawał w jego obronie poddając w wątpliwość wiarygodność opowiadań dzieci i [kobiety] stanęły na stanowisku, ażeby w tej sprawie nic nie mówić a na wypadek gdyby władze się o tym dowiedziały mówić, że nic się nie wie”. Tak początkowo postąpiła matka jednej wykorzystanej przez księdza. Kategorycznie odmówiła funkcjonariuszowi SB sporządzenia odręcznego oświadczenia na temat zachowań ks. Loranca, tłumacząc, że „boi się ludzi we wsi, bo gdyby się dowiedzieli, że ona w tej sprawie coś powiedziała, to nie miałaby tutaj dalej życia”. Później zeznania złożyła.

2. W KWMO w Krakowie 10 marca 1970 r. powstał plan czynności śledczych w odniesieniu do przestępstw ks. Loranca. Ustalono, że do Jeleśni pojadą prokurator, naczelnik wydziału śledczego wraz z funkcjonariuszem, przedstawiciel kuratorium, psycholog oraz oficer Wydziału IV SB. Komisja ta miała przeprowadzić przesłuchania dziewięciu poszkodowanych uczennic w obecności ich matek. Wszystkie przesłuchania miały dodatkowo zostać nagrane, a ksiądz błyskawicznie aresztowany. Dwa dni później (12 marca) wiceprokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Krakowie wszczęła śledztwo przeciwko duchownemu „w sprawie deprawowania nieletnich i dopuszczania się względem nich, w obecności osób poniżej lat 15, czynów lubieżnych”. Do Jeleśni pojechała ostatecznie tylko pani prokurator w obecności psycholog, która miała ocenić m.in. rozwój umysłowy dziewczynek, ich zdolność postrzegania i możliwość odtworzenia zdarzeń związanych z przestępstwem. Przesłuchania pierwszych czterech poszkodowanych w obecności matek odbyły się tego samego dnia w budynku prezydium Gminnej Rady Narodowej w Jeleśni. Przesłuchano też kierowniczkę szkoły. Zeznania nagrano i spisano.

Ks. Józef Loranc został skazany na dwa lata więzienia

Ks. Józef Loranc został skazany na dwa lata więzienia

IPN

Sześć dni później (18 marca) ks. Loranc został aresztowany w klasztorze cystersów w Mogile. Akcję bezpieki wspierał tajny współpracownik o pseudonimie „Ludwik” (prawdopodobnie zakonnik). Miał on wykonać telefon do umówionego oficera z Nowej Huty, podając hasło: „książka, o którą mnie pan prosił, jest do odebrania”. Oznaczało to ni mniej, ni więcej tylko to, że ks. Loranc jest w klasztorze. Akcja zatrzymania przebiegła bez przeszkód. Ksiądz już na pierwszym przesłuchaniu przyznał się do winy. Wyjaśniał, że nigdy wcześniej nie dopuszczał się takich czynów. Tłumaczył: „Nie umiem wyjaśnić nawet sam sobie, jak mogło dojść do tego, co zrobiłem, ale dzisiaj żałuję tego, co zrobiłem. Wyjaśniam, że o ile dobrze sobie przypominam, to w sumie około sześć razy – najwyżej – mogły mieć miejsce wypadki i to wyłącznie w punkcie katechetycznym w Mutnym, że dopuściłem się czynów lubieżnych z dziewczynkami z klas V i III, nie przypominam sobie, czy miało to miejsce także w klasie IV. Do klas na lekcje religii przychodziłem w lecie w płaszczu ortalionowym, a w zimie w futrze albo w płaszczu zimowym. Czynów lubieżnych z dziewczynkami dopuszczałem się w ten sposób, że aby ukryć to przed resztą dzieci, ręce dziewczynek przykrywałem płaszczem i w ten sposób wydawało mi się, a nawet byłem przekonany, że żadne z pozostałych dzieci obecnych na lekcji religii nie widzi tego, co robię”. Dodał też, że robił to „zawsze z tymi samymi dziewczynkami”. W pewnym momencie przesłuchanie przerwano, ze względu na – jak zapisano w protokole – „zmęczenie podejrzanego”, który oświadczył, że „nie może pozbierać myśli”.

Potem dosłuchano jeszcze świadków, a księdza wysłano na obserwację psychiatryczną do szpitala w Kobierzynie oraz Morawicy koło Kielc. Biegli orzekli, że w chwili popełniania przestępstw miał „pełną zdolność rozpoznania znaczenia tych czynów oraz miał całkowicie zachowaną zdolność pokierowania swym postępowaniem”. Biegły psycholog stwierdził, że księdza cechuje „wysoki poziom intelektualny”.

Akt oskarżenia do Wydziału IV Karnego Sądu Wojewódzkiego w Krakowie trafił 12 czerwca 1970 r. Wyłania się z niego obraz bezwzględnego dorosłego mężczyzny, który wykorzystując swoją pozycję i autorytet, krzywdził dzieci przez wiele miesięcy. Dziewczynki, które przed nim uciekały do ostatnich ławek, przesadzał z powrotem do ławki pierwszej, a gdy nie chciały się „bawić w chowanego”, karał obniżeniem stopnia z zachowania.

Rozprawa miała charakter niejawny (na salę nie wpuszczono nawet przedstawicieli SB). Wyrok zapadł 10 września 1970 r. (choć w zachowanej kartotece Biura „C” MSW podawana jest też data 23 czerwca 1970 r. – aut.). Księdza skazano na dwa lata pozbawienia wolności oraz grzywnę 500 złotych. Do czasu uprawomocnienia się wyroku – na wniosek obrońców – sąd uchylił areszt. Ani obrońcy, ani prokurator nie wnieśli apelacji.

3.Tu musimy cofnąć się w narracji do końca lutego – do spotkania matek pokrzywdzonych z proboszczem Jeleśni. Jego zeznania złożone przed prokuratorem, a potem w sądzie pokazują bowiem, jaka była reakcja przełożonych księdza.

Cała sprawa – jak wspomnieliśmy wcześniej – wyszła na jaw przypadkiem pod koniec lutego 1970 r. Matki dziewczynek zjawiły się u proboszcza ks. Feliksa Jury 28 lutego i opowiedziały o tym, co ks. Loranc robi ich córkom. Proboszcz relacjonował: „(…) kobiety bardzo się wstydziły i dlatego szczegółów mi nie opowiadały, a ja domyślając się, o co chodzi, też je o te szczegóły nie wypytywałem”. Zaznaczył przy tym, że relacje były niemal identyczne. Po rozmowie z matkami ksiądz przeprowadził też krótkie rozmowy z dziewczynkami: „(…) wypytywałem je oczywiście bardzo ogólnie na temat postępowania ks. Loranca. Z wypowiedzi dzieci wyciągnąłem jeden wniosek, a mianowicie, że skargi ich matek są uzasadnione”. Następnego dnia ks. Jura pojechał do Łodygowic, gdzie całą sprawę przedstawił dziekanowi dekanatu Żywiec-Północ ks. Janowi Marszałkowi. Ten polecił nie zwlekać i natychmiast jechać do Krakowa, by przedstawić wszystko kard. Karolowi Wojtyle. Po powrocie do Jeleśni proboszcz odbył jeszcze rozmowę z ks. Lorancem. Opowiadał: „(…) gdy mu przedstawiłem całą sprawę, rozpłakał się i oświadczył: »rzeczywiście przekroczyłem granicę przyzwoitości«. Widziałem, że był załamany psychicznie, uderzał się ręką w czoło, wypowiadał słowa: »jak to się mogło stać«”.

W poniedziałek, 2 marca, obaj duchowni (oddzielnie) pojechali do Krakowa. Pierwszy do gabinetu kard. Wojtyły wszedł proboszcz i „zdał kard. Wojtyle relacje ze wszystkiego, co sam ustalił na temat ks. Loranca. Kard. był wstrząśnięty tym wszystkim, nie dając wiary, aby ks. Loranc mógł posunąć się tak daleko”. Następnie do pokoju poproszono ks. Loranca. Proboszcz: „Kiedy kard. zorientował się, że moja relacja polega na prawdzie, bo potwierdził ją sam ks. Loranc, stwierdził, że w takim razie ks. Loranc nie może pełnić swych obowiązków w parafii Jeleśnia i na jego miejsce ma przyjść inny ks[iądz]. Polecił ks. Lorancowi udać się do swojej matki w Łodygowicach i tu czekać na decyzję Kurii”.

Po tym spotkaniu ks. Loranc opuścił Jeleśnię, kilka dni później jego bracia zabrali z plebanii jego rzeczy, a proboszcz Jura dostał z kurii list. Z jego treści wynikało, że ks. Loranc „jest suspendowany tzn. nie może wykonywać żadnych funkcji kapłańskich”, poza tym „będzie musiał jakiś czas przebywać w klasztorze i odbyć rekolekcje, a ponadto poddać się leczeniu”. Proboszcz dostał też list adresowany do ks. Loranca, ale – jak wyjaśniał – nie miał jak go przekazać, bo od czasu wizyty u Wojtyły już się z duchownym nie widział. Ponieważ jednak dowiedział się od innego księdza, że b. wikary był w kurii raz jeszcze – tym razem na spotkaniu z bp. Janem Pietraszką – doszedł do wniosku, że poinformowano go o suspensie, więc listu nie przekazał.

Jak się wydaje, w tamtym momencie Wojtyła podjął wszystkie niezbędne decyzje: szybkie usunięcie księdza z parafii, zawieszenie i do czasu wyjaśnienia sprawy nakaz zamieszkania w klasztorze. Loranc podporządkował się przełożonemu i przeniósł się do opactwa cystersów w Mogile (co potwierdził także tymczasowym zameldowaniem się w konwencie). Tam też, 18 marca 1970 r., został aresztowany.

4. Ksiądz Józef Loranc wyszedł na wolność warunkowo po odbyciu połowy kary najprawdopodobniej w połowie 1971 r. Dokładnej daty nie znamy, bo nie odnaleźliśmy żadnych dokumentów dotyczących jego pobytu w więzieniu (akta sprawy karnej – jak poinformował nas Sąd Okręgowy w Krakowie – zniszczono w 1999 r.), a na kartach ewidencyjnych z kartoteki Biura „C” MSW są tylko informacje o wyroku. Na pewno jednak jesienią 1971 r. duchowny osiadł w Zakopanem.

Wskazuje na to datowany na dzień 27 września 1971 r. list, który skierował do niego kard. Karol Wojtyła. List ten przechwyciła i skopiowała bezpieka. Dzięki temu ocalał w niewielkiej teczce z rozpracowania ks. Loranca przez SB i jest dostępny w katowickim archiwum IPN. W liście Wojtyła wyraża zgodę na pobyt ks. Loranca „przy parafii Najśw. Rodziny w Zakopanem”. To jednak nie wszystko. Dokument ten pokazuje, jak krakowska kuria podeszła do problemu księdza, który po odbyciu kary za wykorzystywanie małoletnich znalazł się na wolności.

Wedle zapisów obowiązującego wówczas KPK z 1917 r. duchowny, który dopuściłby się przestępstwa seksualnego z osobą małoletnią, miał zostać karnie zawieszony w obowiązkach, należało wobec niego zadeklarować infamię, pozbawić go jakiegokolwiek urzędu, beneficjum, godności i zadania, a w cięższych przypadkach także usunąć ze stanu duchownego (kan. 2359 & 2 KPK, 1917).

Metropolita krakowski miał pełną świadomość istnienia tego zapisu. Karne zawieszenie nastąpiło jeszcze przed aresztowaniem duchownego. Taką decyzję metropolita krakowski, jako ten, który na terenie swojej diecezji posiada władzę rządzenia, mógł podjąć jednoosobowo. Ale biskupi posiadają także władzę sądzenia. Zazwyczaj nie są jednak kanonistami, stąd przepisy kościelne stanowią, że w wykonywaniu tej władzy biskupa wspomagają specjalnie ustanowione trybunały, które mają rozstrzygać sprawy karne, sporne oraz małżeńskie dotyczące wiernych z danej diecezji. Sprawy karne dotyczące przestępstw seksualnych nie były wówczas – jak jest to od roku 2001 – zarezerwowane dla Kongregacji Nauki Wiary (wtedy Świętej Kongregacji Nauki Wiary – aut.), a decyzję o ewentualnym usunięciu danego księdza ze stanu duchownego podejmowały właśnie sądy biskupie po rozpoznaniu sprawy w składzie minimum trzyosobowym.

Kardynał Wojtyła oddał sprawę ks. Loranca właśnie pod osąd Trybunału Metropolitalnego w Krakowie, a ten skorzystał z przysługującego mu prawa łaski i powstrzymał się od wymierzenia kary. Wojtyła wyjaśniał to Lorancowi tak: „Zaniechanie wymiaru kary przez trybunał kościelny ani nie przekreśla przestępstwa, ani nie zmazuje winy. Każde przestępstwo winno być ukarane. Jeżeli więc w wypadku Księdza do wymiaru kary nie doszło, to ze względu na specjalne okoliczności, przewidziane przez Ustawodawcę kościelnego w kan. 2223 par. 3 n.2. Okolicznością specjalną, która skłoniła sędziów Trybunału Metropolitalnego w Krakowie do zaniechania kary, był wyrok trybunału państwowego, a więc ukaranie Księdza przez władzę świecką”.

Dalej podkreślił, że uwzględniając zachowanie się Loranca „świadczące o chęci naprawienia zła, oraz szczerą poprawę”, będzie stopniowo przywracał duchownego do pracy. Uchylił ciążącą na nim od marca 1970 r. karę suspensy i zezwolił na odprawianie mszy. Decyzję o powierzaniu kolejnych funkcji kapłańskich zostawił do decyzji proboszcza zakopiańskiej parafii, ale nie przywrócił Lorancowi „misji kanonicznej do katechizacji dzieci i młodzieży” oraz jurysdykcji do spowiadania. Tą miał otrzymać „w terminie późniejszym”.

5. Ksiądz Loranc zamieszkał w Zakopanem. Ale nie razem z innymi księżmi parafii Najświętszej Rodziny, lecz w klasztorze albertynów przy ul. Kościeliskiej. Wygląda zatem na to, że był to nakaz przebywania w określonym miejscu – ówczesny KPK przewidywał takie rozwiązanie. Kanon 2298 wprost stanowił, że dla poprawy duchownego lub w celu naprawy zgorszenia ordynariusz mógł umieścić go właśnie w „domu zakonnym lub poprawczym” (szczegółowe uregulowania znalazły się w kan. 2301 i 2302 – aut.). Była to jedna z form tzw. kar mszczących.

Loranc siedział zatem w klasztorze i dla wydziału duszpasterskiego kurii przepisywał teksty liturgiczne. Taki stan utrzymywał się co najmniej przez dwa lata – do września 1973 r. W tym właśnie miesiącu ks. Władysław Curzydło, proboszcz zakopiańskiej parafii, napisał list do kard. Wojtyły (także przechwycony i skopiowany przez bezpiekę – aut.), w którym prosi o to, by „zajęty wyłącznie przepisywaniem” ks. Loranc mógł spełniać „wszystkie obowiązki duszpasterskie z wyjątkiem katechizacji”. Prośbę motywował chorobą wikariusza, który – wedle opinii lekarzy – „po zakończeniu leczenia w szpitalu nie będzie zdolny do pracy duszpasterskiej”. Proboszcz pisał: „proszę o rozpatrzenie tej propozycji i jeżeli to jest możliwe, o formalne załatwienie tej prośby”.

Prośba zostaje spełniona, ale ks. Loranc nie został wikariuszem parafii – w listopadzie 1973 r. otrzymał w niej jedynie status rezydenta. Większa aktywność księdza nie umknęła uwadze bezpieki. W lipcu 1974 r. spreparowano i wysłano do kurii anonimowy list (jego kopia zachowała się w IPN). Autor, podający się za wiernego zakopiańskiej parafii, pisał do Wojtyły: „Z zażenowaniem pragnę powiadomić Drogiego Naszego Duszpasterza, że autorytet Kościoła Świętego nie jest godnie reprezentowany przez księży naszej parafii. Wypaczenia moralne księży doprowadzają do ostrych wypowiedzi wśród wiernych oraz do oceniania ich postawy względem Boga. Krążą coraz głośniejsze wypowiedzi na temat postawy księdza Loranca, który niedwuznacznie zachowuje się wobec dziewczynek wychodzących z religii, bądź przebywających czasami na wikarówce”. Pod koniec listu prosił Wojtyłę w imieniu parafian, „by postawa księdza Loranca nie była przyczyną ośmieszania nas i naszej parafii”.

Nie można wykluczyć, że ksiądz faktycznie „niedwuznacznie” zachowywał się wobec dziewczynek. Bardziej prawdopodobnym jest jednak, że była to prowokacja bezpieki – list ten powstał w dwóch egzemplarzach i jak zapisano na jego brudnopisie: „jeden wysłano do Krakowa, drugi umieszczono w Teczce Ewidencji Operacyjnej Księdza”. Być może z myślą wykorzystania go do ewentualnego werbunku księdza na tajnego współpracownika. Śladów po takiej próbie jednak nie znaleźliśmy.

Nie wiadomo, czy ten anonim dotarł na biurko kard. Wojtyły, ani czy kuria sprawdziła sygnał. Wiadomo za to, że w kolejnym roku ks. Loranc został przeniesiony do parafii Chrzanów-Kościelec, gdzie został kapelanem miejscowego szpitala. Czy były na niego jakieś skargi – nie wiemy. Dokumenty SB milczą na ten temat. Odpowiedź mógłby przynieść przegląd jego teczki personalnej, która znajduje się w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie, ale do roku 2042 jest ona niedostępna. W Chrzanowie duchowny mieszkał na plebanii, a posługę w szpitalu pełnił do roku 1983. Od tamtego czasu w spisach duchowieństwa występuje już jako rezydent chrzanowskiej parafii. Zmarł 1 października 1992 r.

W dokumentach archiwalnych pozostawiliśmy pisownię oryginalną

ŹRÓDŁA

z archiwów IPN

(wszystkie dot. ks. Loranca): IPN Kr 07/4342 – akta kontrolne śledztwa; IPN Ka 230/9130 – materiały dotyczące ks. Józefa Loranca oraz tzw. wypisy ewidencyjne.

źródła kościelne:

„Katalog kościołów i duchowieństwa Archidiecezji Krakowskiej” (roczniki: 1958, 1962, 1967, 1972, 1977, 1983, 1989); „Skrócony katalog kościołów i duchowieństwa Archidiecezji Krakowskiej” (roczniki: 1991, 1992, 1994); „Notificationes e Curia Metropolitana Cracoviensi” (organ urzędowy krakowskiej kurii z lat 1957–1979); spisy duchowieństwa w Polsce wydawane przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego w Polsce w latach 1975, 1980, 1985, 1991, 1994.