Eksperci od energetyki są zgodni co do tego, że brak zasilania jest dla elektrowni jądrowej większym zagrożeniem niż bezpośrednie uderzenie rakietowe. A Rosja, jak wynika z ukraińskich doniesień, właśnie wysadza jedną po drugiej linie energetyczne łączące zaporoską elektrownię atomową z ukraińskim systemem energetycznym.

– Czynna pozostaje już tylko jedna linia – zdradza „Rzeczpospolitej” dobrze poinformowane źródło w Kijowie. Gdyby została zniszczona, okupujący teren elektrowni Rosjanie musieliby zasilić ochładzające paliwo jądrowe pompy z innego źródła, dostarczając tam prąd z okupowanego Krymu. W przeciwnym razie pojawi się ryzyko katastrofy na znacznie większą skalę, niż miało to miejsce w 1986 roku w Czarnobylu. Tamtejsza elektrownia mogła wyprodukować 3000 MW energii, zaporoska – 6000 MW. Ma sześć reaktorów i jest największą elektrownią jądrową w Europie.

Czytaj więcej

Rosjanie: Ukraińcy strzelają do elektrowni atomowej z amerykańskich haubic

Gdzie powieje wiatr

– Każdy incydent związany z promieniowaniem w zaporoskiej elektrowni jądrowej może uderzyć również w kraje UE, ale też Turcję czy Gruzję, a nawet bardziej oddalone regiony. Wszystko zależy tylko od kierunku i prędkości wiatru – ostrzega prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i wzywa Rosjan do natychmiastowego i bezwarunkowego opuszczenia terenu elektrowni. Na nic się zdały apele sekretarza generalnego ONZ António Guterresa, który wzywał do zaprzestania działań wojskowych i utworzenia strefy zdemilitaryzowanej w okolicy elektrowni. Moskwa odmówiła wycofania się z tego terytorium, mimo że w tej sprawie zwróciły się do niej rządy już ponad 40 krajów świata.

Ukraińska strona przekonuje, że na terenie elektrowni rosyjska armia rozmieściła swoje siły oraz ciężką broń, a nawet materiały wybuchowe. – To uniemożliwia naszą kontrofensywę w tym miejscu, bo Rosjanie wprost grożą wysadzeniem elektrowni – twierdzi nasz rozmówca. – Co więcej, ciągle śledzą prognozy dotyczące kierunku i prędkości wiatru – zdradza.

Zweryfikować sytuację na miejscu miała misja Międzynarodowej Agencji Energetycznej, która czeka na porozumienie w tej sprawie pomiędzy Moskwą a Kijowem. Porozumienia brak, bo Rosja nie chce, by członkowie misji wjeżdżali od strony Kijowa poprzez linię frontu, przy której leży elektrownia. Rosyjski MSZ zasugerował, że nie gwarantuje bezpieczeństwa członkom misji. A wjazd od strony okupowanych przez Rosjan regionów Ukrainy nie wchodzi w grę.

– Rosjanie w ten sposób chcą zademonstrować, że są tam gospodarzami. Zmuszają, by z nimi ustalać szczegóły, a nie z Ukrainą, do której należy elektrownia. To my podpisywaliśmy porozumienia międzynarodowe dotyczące bezpieczeństwa jądrowego, a nasza spółka państwowa Enerhoatom ponosi odpowiedzialność za sytuację w elektrowniach. Więc przedstawiciele MAE mogą wjeżdżać tam tylko zgodnie z prawem międzynarodowym, które gwarantuje Ukrainie integralność terytorialną – mówi „Rzeczpospolitej” Iryna Wereszczuk, wicepremier Ukrainy i minister ds. terytoriów czasowo okupowanych.

Widmo katastrofy

– Sytuacja jest bardzo niebezpieczna. Dopiero powróciłam z Zaporoża, gdzie na zamkniętej naradzie omawialiśmy ryzyka oraz plany ewakuacji ludności cywilnej. Mogę powiedzieć jedno: Rosja całkiem na serio stosuje terroryzm atomowy, szantażując Ukrainę i cały świat – mówi Wereszczuk. – Ukraińskich pracowników elektrowni trzymają jak w więzieniu, grożą im i porywają ich bliskich. Rosja zabrania również ewakuacji ludności okolicznych miejscowości. Nikogo nie wypuszczają, blokując jedyną drogę – dodaje.

Tymczasem szef administracji wojskowej obwodu zaporoskiego Ołeksandr Staruch powiedział ukraińskim mediom, że w przypadku katastrofy w pierwszej kolejności trzeba byłoby ewakuować mieszkańców wszystkich miejscowości w odległości 50 kilometrów od elektrowni. Chodzi o ponad 400 tys. ludzi.

– Z naszych informacji wynika, że rosyjski personel z Rosatom lekceważy zagrożenie. Chodzi m.in. o zabezpieczenie odpadów nuklearnych, których wyciek spowodowałby katastrofę ekologiczną – mówi ukraińska wicepremier.

Jeden z przebywających na terenie stacji ukraińskich inżynierów opowiedział rosyjskiej redakcji BBC, że teren elektrowni jest ciągle ostrzeliwany przez Rosjan. Jak twierdzi, rosyjskie siły jednak dokładnie wiedzą, gdzie mogą strzelać, a gdzie nie. Wcześniej ekipa z rosyjskiego Rosatomu miała dokładnie przestudiować topografię i wszystkie obiekty elektrowni. Jak większość ekspertów obawia się jednak całkowitego odcięcia elektrowni od zasilania.

– Bez chłodzenia (reaktorów – red.) będzie straszna katastrofa jądrowa. Potrzebujemy, by chociażby jeden blok energetyczny był połączony z dowolnym systemem energetycznym – mówi rozmówca BBC, zastrzegając anonimowość.

Partyzanci na Krymie

Rosja zapowiadała wcześniej, że zamierza przyłączyć elektrownię do rosyjskiego systemu energetycznego poprzez okupowany Krym. To jednak nie jest już takie pewne. We wtorek na półwyspie doszło do serii wybuchów. Najpierw nad ranem w powietrze wyleciał magazyn broni w okolicy miejscowości Dżankoj, która leży ponad 250 kilometrów od linii frontu. Rosyjskie media donosiły też o wybuchach na lotniskach wojskowych w okolicach miejscowości Saki i Symferopol. To już ponad 300 kilometrów od linii frontu. Dotychczas Kijów nie dysponował bronią, która miałaby taki zasięg. „New York Times”, powołując się na własne źródła, twierdzi, że chodzi o elitarną ukraińską jednostkę, która działa na okupowanym Krymie.