Powstaną wstrząsające filmy i książki o rewolucji zdławionej przez dyktatora.
To, niestety, prawdopodobny scenariusz dla Libii. Rewolucjoniści, którzy wyzwolili spod władzy Muammara Kaddafiego cały wschód kraju i wiele miejscowości na zachodzie, teraz przegrywają. Oddziały Kaddafiego mogą się lada chwila pojawić u bram rewolucyjnej stolicy, Bengazi.
Łatwo można sobie wyobrazić, co się tam stanie. Dziesiątki tysięcy ludzi przez miesiąc cieszyły się z obalenia dyktatora. W najczarniejszych snach nie przewidywali, że dyktator wróci. Nie dbali o to, że beneficjenci reżimu pozostali wśród nich, w przyczajeniu czekając na szansę zemsty.
Po raz pierwszy w swoim życiu nie ukrywali poglądów, z otwartą przyłbicą mówili o zbrodniach Kaddafiego, przeklinali go i rysowali jego karykatury. Ten wielki wybuch wolności wypali się w jednej chwili. Kaddafi nie uznaje partii, opozycji. Nie uznaje przeciwników. On ich zabija.
Pewnie zorganizuje pokazowe egzekucje „terrorystów" i „wichrzycieli". Stadion w Bengazi, podobny do warszawskiego Narodowego, też jak koszyczek, był już miejscem zbiorowej rozprawy z przeciwnikami. W jego murawę wsiąkło sporo krwi.
Do mordów w Rwandzie i Bośni doszło kilkanaście lat temu, gdy Internet raczkował, telewizji nadających non stop informacje ze świata było niewiele. Teraz jest inaczej. Wszyscy widzieli radość w wyzwolonych libijskich miastach. I wszyscy się dowiedzą, gdy Kaddafi utopi te miasta we krwi.
Świat długo ze spokojem debatował nad zakazem lotów. Nagle ostatniej nocy ONZ podjęła decyzję w tej sprawie. Do wymordowania ludzi, których radosne twarze widzieliśmy na zdjęciach w gazetach i w telewizji, wystarczą Kaddafiemu karabiny.
A nawet sznur. Miejmy nadzieję, że reakcja świata nie jest zbyt późna. Miejmy nadzieję, że uda się jeszcze zapobiec nowej Rwandzie.
