Optymizmu nie krył również były prezes TK prof. Jerzy Stępień, uznając, że środa to „wielki dzień polskiej demokracji".
Trudno podzielać tę satysfakcję. Zgoda, demokracja odniosła sukces, bo zweryfikowano kluczową dla niej metodę wyboru posłów i senatorów pod kątem zgodności z konstytucją. Sęk w tym, że wyrok TK kompromituje polską klasę polityczną. Środa była więc czarnym dniem polskiego parlamentaryzmu.
Dlaczego? Bo sędziowie nie zostawili suchej nitki na jakości nowego prawa, jakim przecież jest kodeks wyborczy. Wielokrotnie zwracali uwagę, że pośpiech przy jego uchwalaniu zamiast porządkować prawo wyborcze, doprowadził tylko do zamieszania.
Najważniejszy uchylony przepis – zezwalający na dwudniowe wybory – został przecież uchwalony przy poparciu wszystkich partii politycznych: PO, SLD, PSL i PJN, a nawet PiS. Dla całej klasy politycznej powinno to być sygnałem ostrzegawczym. Ale nie tylko dla niej, bo dwudniowe wybory chwaliły także zastępy konstytucjonalistów. Opowiadała się za nimi nawet Państwowa Komisja Wyborcza. Przeciwników tego rozwiązania wykpiwano, podejrzewając, że kierowały nimi wyłącznie motywy partyjne.
Jednak TK nie miał w tej sprawie wątpliwości – do tego punktu zgłoszono tylko trzy (na 15 sędziów) zdania odrębne. Jednomyślni natomiast okazali się sędziowie w ocenie zakazu billboardów i spotów w czasie kampanii wyborczej. Zgodnie z wnioskiem PiS Trybunał uznał, że wolność słowa nie jest zwykłym prawem jednostki czy jednostek, lecz zasadą ustrojową, a zakaz płatnych ogłoszeń oznaczałby tej wolności ograniczenie.
Jednocześnie Trybunał podtrzymał kwestionowaną przez PiS ordynację do Senatu wprowadzającą jednomandatowe okręgi wyborcze. Na tej zmianie zaś bardzo zależało PO.
Salomonowe rozstrzygnięcie sędziów TK nie zmienia jednak faktu, że polski parlament nawet w tak ważnej sprawie jak ordynacja do Sejmu i Senatu nie stanął na wysokości zadania.