Pomińmy już pytanie, kto wojnę zaczął, i przejdźmy do kwestii ważniejszej. Czy gdyby szef prezydenckiej kancelarii zaatakował publicznie pana prezydenta, lekiem byłaby mediacja? A przypomnijmy: mimo nieco zawikłanych reakcji między prokuraturą wojskową i prokuraturą generalną naczelny prokurator wojskowy jest podwładnym prokuratora generalnego. Prezydent zachęca więc do anarchizacji życia publicznego. Urzędniku, wal w przełożonego, ile wlezie. Potem będziemy cię z nim godzić.

Są sytuacje, kiedy urzędnik ma prawo się zbuntować. Gdy trafi na ślad łamania prawa czy naruszania interesu publicznego. Tyle że Krzysztof Parulski ani chce, ani może nas do czegoś takiego przekonać.

Czy prezydent pochwala anarchię? Chce po prostu, obok prawa, przedstawić prokuraturę wojskową jako kawałek państwa, na którym jego wpływy liczą się bardziej niż formalne hierarchie. Czy robi to z ambicji, czy dla utożsamienia się z grupowym interesem, jaki reprezentują wojskowi prokuratorzy? Możliwe, że z każdego z tych powodów po trochu. Ale efektem jest – jak napisaliśmy już wczoraj – psucie państwa.

Dwuznaczne jest też stanowisko premiera, który musi się ponoć przekonać, że nowy szef wojskowej prokuratury będzie lepszy. Co więcej, nawet uwagi i Komorowskiego, i Tuska o tym, że awantura wymaga decyzji systemowych – czyli zmiany ustawy  – budzą wątpliwości. Po pierwsze, pytanie, kiedy one nastąpią. Zapewne nieprędko.

Po drugie, czy PO nie rzuci hasła: skoro zmieniły się kompetencje prokuratora generalnego, zmieńmy także osobę. Takiej argumentacji użyto, pozbawiając w 1995 roku Lecha Kaczyńskiego prezesury NIK. Naturalnym kandydatem na następcę  Seremeta byłby Edward  Zalewski, szef Krajowej Rady Prokuratury, człowiek  związany z obozem rządzącym. Już dziś prezydent odsyła do niego jako „mediatora".

Możliwe, że to scenariusz hipotetyczny. Że zostanie po staremu. Ale już dziś obóz rządzący podeptał autorytet Seremeta. Choć to on przedstawiał niezależną prokuraturę jako receptę na naprawę wymiaru sprawiedliwości.