Katastrofa TU 154 to tragiczny symbol stanu  naszego państwa. Państwa, które nie było w stanie bezpiecznie dowieźć na miejsce swojego prezydenta i 95 innych ważnych osób. Każdego dnia przekonujemy się, jak słabe było państwo polskie przed katastrofą i jak słabe jest po niej.

Ileż to razy słyszeliśmy zapewnienia,  że przygotowania do feralnego lotu odbyły się zgodnie z procedurami, a do tragedii doprowadziły brawura i błędy pilotów. Dziś wiemy – a najmocniej dowiódł tego niedawny raport NIK – że niemal żadne procedury nie były przestrzegane i wszystkie odpowiedzialne za lot resorty i jednostki popełniły (najdelikatniej mówiąc) błędy i zaniechania.

Słyszeliśmy, że w miejscu upadku tupolewa ziemia została przekopana na pół metra w głąb. Tymczasem teren, na którym doszło do tragedii w ogóle nie został zabezpieczony, a przypadkowi ludzie jeszcze wiele tygodni później odnajdywali przedmioty należące do ofiar.

Słyszeliśmy, że czarne skrzynki w ciągu kilku dni (potem tygodni, a potem miesięcy) trafią do Polski. Rosjanie nie zwrócili nam ich do dziś. Polscy śledczy dysponują tylko kopiami zapisów.

Słyszeliśmy, że rząd zrobi wszystko, by wrak Tu-154 jak najszybciej wrócił do kraju. Nie trafił do tej pory. Został za to pocięty na kawałki i niszczeje niemal niezabezpieczony.

Słyszeliśmy wreszcie, że sekcje zwłok i wszystkie z tym związane badania zostały w Rosji przeprowadzone z najwyższą starannością. I to okazało się nieprawdą.  Znaleziono tak wiele  wątpliwości, błędów i nieprawdziwych danych, że po dwóch latach sekcję zwłok trzeba powtórzyć.  Na żądanie prokuratury.

Tym razem jednak sprawa bezpośrednio dotyka konkretnych ludzi - bliskich, którzy już raz byli wystawieni na ogromne cierpienie. Czy można było tego uniknąć? Czy państwo polskie mogło oszczędzić dodatkowego bólu rodzinom ofiar? Zapewne tak - gdyby tylko wypełniało swoje obowiązki.  Ale tego nie zrobiło. Teraz cenę zaniechań, słabości, bałaganu, gierek i wzajemnych niechęci na własnej skórze poznają bliscy 96 ofiar katastrofy smoleńskiej.