Reklama

Demokracja jest także dla radykałów

Miarą siły demokracji jest stosunek do ugrupowań radykalnych. Demokracja mocna, pewna swojej własnej wartości może pozwolić sobie na tolerowanie ekstremizmów, ba, nawet na dopuszczanie ich – od czasu do czasu – do władzy.

Publikacja: 25.11.2012 19:31

Dominik Zdort

Dominik Zdort

Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Ten mechanizm dobrze zadziałał w Austrii czy we Włoszech. Partia Jörga Haidera, przećwiczona w rządowym sojuszu z chadecką Austriacką Partią Ludową, straciła bardzo wiele ze swego radykalizmu. A we Włoszech lider postfaszystów Gianfranco Fini, który przez pięć lat był wicepremierem w rządzie Silvio Berlusconiego, z czasem stał się całkiem umiarkowanym mieszczańskim konserwatystą.

Półżartem można dodać, że podobną drogę przeszła i Platforma Obywatelska, kiedyś partia wyrazistego liberalizmu gospodarczego, dziś – po pięciu latach sprawowania władzy – pozbawiona wszelkich bardziej wyrazistych znamion ideowych.

Natomiast ograniczanie czy zakazywanie działalności ugrupowań radykalnych przez demokratyczną większość niesie ze sobą pewne ryzyko.

Po pierwsze – organizacje o bardzo wyrazistych programach, dopóki funkcjonują wewnątrz stabilnego systemu, są wskaźnikiem nastrojów i politycznym wentylem, przez który można wypuścić nadmiar społecznych emocji. Wzrost ich popularności daje sygnał ugrupowaniom głównego nurtu, że nie dostrzegają niektórych społecznych napięć i problemów.

Po drugie – poważną trudnością jest przesądzenie, kto miałby być uznany za radykała. Prawica za ekstremistów mogłaby uznać na przykład lewaków domagających się roztopienia Polski w Unii Europejskiej czy postulujących pełną swobodę aborcji. Część lewicy zaś taką łatkę chętnie przyfastrygowałaby politykom mówiącym ciepło o narodzie i patriotyzmie oraz domagającym się, dajmy na to, zakazu stosowania metody in vitro.

Reklama
Reklama

Wniosek złożony przez SLD do premiera i prokuratora generalnego to właśnie tego typu przypadek. Z jednej strony – brak zaufania do demokracji, do jej siły i do atrakcyjności tego ustroju (komunistyczna poprzedniczka Sojuszu Lewicy, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, też nie chciała pozostawiać decyzji w rękach nieodpowiedzialnych wyborców), z drugiej – chęć wypchnięcia ze sceny politycznej ideowego przeciwnika, tylko dlatego, że opinie nie podobają się Leszkowi Millerowi i jego kolegom.

W czasach tak poważnych napięć politycznych i społecznych, z jakimi mamy do czynienia obecnie w Polsce, bardzo łatwo nam uznawać przeciwników za troglodytów, a ich poglądy za barbarzyńskie.

Jeśli jednak dziś będziemy stygmatyzować ludzi, których postkomuniści uważają za skrajną prawicę, to po zwycięstwie konserwatywnej opozycji mogą paść wnioski o delegalizację radykalnych sojuszników lewicy.

A wypchnięcie jednych lub drugich poza margines systemu, do podziemia, na pewno nie umocni demokracji.

Komentarze
Zuzanna Dąbrowska: Bez przeszłości i bez idei, czyli rozłam w Polsce 2050
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Komentarze
Joanna Ćwiek-Świdecka: Czy SOR to musi być horror?
Komentarze
Bogusław Chrabota: Polski SAFE bez Europy się nie uda
Komentarze
Artur Bartkiewicz: Dlaczego Jarosław Kaczyński może stracić, atakując Niemców?
Materiał Promocyjny
ROP na zakręcie. Bez kompromisu się nie uda
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama