Wspólna propozycja prezydenta Karola Nawrockiego i prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego, w której ogłosili tzw. polski SAFE 0 proc., jak meteor wpadła do polskiej polityki. Zaskoczenie było tym większe, że przecież kwestia SAFE nie jest nowa. Mechanizm powstał w czasie polskiej prezydencji, a więc niemal rok temu. Polską listę inwestycji rząd wysłał do Brukseli pod koniec listopada. A tu nagle pojawia się tak nowatorski pomysł ze strony NBP i Pałacu Prezydenckiego.

Program SAFE

Program SAFE

Foto: Infografika PAP

Dlaczego prezydent Karol Nawrocki ma wielki problem z programem SAFE?

Dlaczego właśnie teraz? Bo prezydent znalazł się pod ścianą, na jego biurko trafiła ustawa wprowadzająca mechanizm wydawania pieniędzy z tej europejskiej pożyczki. Karol Nawrocki musi podjąć jakąś decyzję i ma na nią już nieco ponad dwa tygodnie. I właśnie z tego powodu nagle okazało się, że rzekomo można w prosty sposób dobrać się do drzemiących w skarbcu NBP 185 mld zł i przeznaczyć je na zakup sprzętu zbrojeniowego. Jakoś NBP nie kwapił się do finansowania zakupów F-35, gdy podpisywano kontrakt w 2020 r., ani dwa lata później, gdy zamawialiśmy czołgi z Korei, czy w 2023 r., gdy zamawialiśmy kolejne Himarsy. Wojna za naszą wschodnią granicą trwa od czterech lat, zbrojenia idą pełną parą, a tu nagle pojawił się taki genialny pomysł. To chyba nie jest zbieg okoliczności.

Czytaj więcej

Polski SAFE 0 proc. „Można dyskutować czy to przedsięwzięcie byłoby bezkosztowe"

To jednak dowód, jak poważny kłopot z SAFE ma Karol Nawrocki. Z jednej strony sondaże pokazują, że za podpisaniem przez niego ustawy wdrażającej ten program jest prawie 60 proc. badanych. Z kolei koalicja rządząca z premierem Tuskiem na czele bardzo wysoko licytuje, stawiając znak równości między prezydenckim podpisem a bezpieczeństwem naszego kraju. Nawrocki wie, że z rządem tej rozgrywki nie jest w stanie wygrać. Z drugiej strony ma swój własny elektorat – sympatyków PiS i Konfederacji. Jarosław Kaczyński wezwał go do weta. Na jego wyborców Nawrocki i tak może liczyć. Ale by trafić do Konfederatów, musiał Kaczyńskiego przelicytować. Nie wystarczyło weto, trzeba było pokazać, że prezydent ma pomysł na lepsze, własne, bardziej suwerenne SAFE. I to właśnie zrobił.

Foto: Tomasz Sitarski

Czy politycy mają odwagę powiedzieć Polakom, że nie da się zbudować wielkiej armii bez wyrzeczeń?

Ale sprawa ma jeszcze jeden, głębszy poziom. Bez wątpienia między największymi siłami politycznymi trwa w tej chwili przeciąganie liny w sprawie zbrojeń. Mamy do czynienia z klasyczną blame game, czyli próbą obarczenia politycznego adwersarza odpowiedzialnością. Rząd przekonuje, że potrzebujemy SAFE na zbrojenia, bo ten mechanizm będzie nisko oprocentowany. Prezydent z prezesem NBP mówią: możemy to zrobić w ogóle bez żadnych procentów, po prostu zmienić przepisy i wykorzystać bankowe rezerwy. Obie strony chcą więc przekonać Polaków, że da się uzbroić polską armię po zęby, tak, by skutecznie odstraszała Rosję, ale bez większego wysiłku. I tu jest właśnie pies pogrzebany. Bo to będzie wymagać wysiłku. I będzie bolało. Potrzebujemy wydać miliardy na zbrojenia, bo to kwestia egzystencjalna. Ale przez to nie będzie pieniędzy na coś innego. Odpowiedzialni politycy powinni to uczciwie powiedzieć obywatelom.

Czytaj więcej

„Polski SAFE 0 proc.”? Władysław Kosiniak-Kamysz: Bardzo mi się podoba, dołóżcie do SAFE

A tymczasem jesteśmy świadkami sytuacji, w której politycy starają się nas przekonać, że da się inaczej. Że zapłaci za to Ursula von der Leyen, albo sam Glapiński, ale Ty, drogi obywatelu nie musisz z niczego rezygnować. Niestety, to populizm. A Polacy są znacznie mądrzejsi niż politycy przypuszczaliby i chcą być traktowani serio. Wolą gorzką prawdę od słodkich iluzji.