Do czasów Adama Małysza, Justyny Kowalczyk i pokolenia Kamila Stocha zima to był dla nas czas olimpijskiego letargu, z którego zbudziliśmy się tak naprawdę tylko raz, dzięki Wojciechowi Fortunie w roku 1972. Potem przez długie 30 lat znów było tak smutno, że po igrzyskach 1976 w Innsbrucku pewien polityczny komisarz sugerował nawet w TVP obywatelską reedukację sportowców w warunkach prawdziwej zimy, znacznie surowszej niż w Zakopanem czy Szczyrku.
Dopiero wraz z nowym tysiącleciem nadlecieli Małysz i Stoch, przybiegła Kowalczyk. To wtedy sportowa Polska w zimowe weekendy zasiadała do śniadaniowej jajecznicy z Justyną i obiadowego rosołu z Adamem. Szczytem polskiej potęgi były igrzyska w Soczi w roku 2014 z czterema złotymi medalami (swój dołożył też łyżwiarz szybki Zbigniew Bródka). Dwa lata później z igrzysk letnich w Rio Polacy przywieźli tylko dwa złote medale, co dla kibiców z dłuższą pamięcią było jak przewrót kopernikański. Dziś wszystko wróciło do przedmałyszowej normy i dlatego olimpijskiej gorączki nie ma.
Ruszają zimowe igrzyska w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo. Strach przed Putinem i Trumpem
Z globalnego punktu widzenia olimpijska zima zawsze była w cieniu lata i to się nie zmienia. Także przed rozpoczynającymi się w piątek igrzyskami w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo raporty dotyczące sponsorów, reklamodawców i przewidywalnej telewizyjnej widowni są nieporównywalne z Paryżem 2024.
Czytaj więcej
Rosyjskiej flagi na rozpoczynających się w piątek zimowych igrzyskach olimpijskich w Mediolanie i...
To zrozumiałe z czysto sportowego punktu widzenia, ale pojawiają się sugestie, że spadek zainteresowania przeciętnego kibica ma też inne przyczyny: wojna w Ukrainie, strach przed Putinem, Trumpem, ich kolejnymi pomysłami, coraz wyraźniej odczuwalne poczucie, że świat jest na zakręcie, a igrzyska to jedynie dwutygodniowy środek znieczulający.