Zapewne było to wymuszone przez partyjnych spin doktorów, którzy bali się kolejnej wpadki prezesa, ale nawet jeśli tak, to niezająknięcie się Jarosława Kaczyńskiego na temat tragedii na Odrze podczas jedynego w ostatnich dniach wystąpienia publicznego było fatalnym błędem.

A mogło być inaczej; gdyby ktokolwiek, wraz z samym prezesem, pomyślał, to dzięki kilku słowom otuchy, wsparcia dla tych, którzy najwięcej stracili, nie wspominając już o krótkiej choćby refleksji na temat troski o stan polskiego środowiska, wizerunek lidera PiS mógł wiele zyskać. Na dodatek mogło to wypaść całkiem szczerze; niezależnie od oceny poczynań prezesa PiS na innych polach naprawdę trudno mu przypisać brak zaangażowania w sprawę humanitarnego traktowania zwierząt. W kwestii tzw. piątki dla zwierząt poległ nawet na forum własnej partii.

Czytaj więcej

Jesień na celowniku PiS. Wrócą wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego

Tym razem jednak z okazji ocieplenia wizerunku nie skorzystał. Dlaczego? Na tak postawione pytanie trudno znaleźć dobrą odpowiedź, a każda z tych, które przychodzą na myśl, jest bardziej kompromitująca. Bo go to nie obchodzi? Bo nie ma nic do powiedzenia? Bo się na tym nie zna? Bo ma to gdzieś? A może inaczej; bo niech się ze wstydu smaży przed kamerami któryś ze zderzaków? Bo to nie jego sprawa, ale ministrów? Od samozwańczego naczelnika państwa naprawdę wypada więcej oczekiwać. Oczekiwać czegokolwiek!

W przeciwieństwie do lidera państwa pięknie – choć fałszywym światłem – błysnął w piątek również jego główny antagonista. Donald Tusk przed wejściem na antenę w TVN24 wyznał dziennikarce, że demotywuje go myśl, iż będzie musiał kandydować do Sejmu, a wizja, że tam będzie zasiadał, jest dla niego upiorna. Kwestia padła w przekonaniu, że mikrofony jej nie wychwycą; więc bez wątpienia była szczera. Mogli ją jednak usłyszeć użytkownicy aplikacji mobilnej.

Dziwię się Tuskowi i nie dziwię wcale. Dla mnie również perspektywa zasiadania w jednych ławach z takimi np. Markiem Suskim, Przemysławem Czarnkiem czy Januszem Kowalskim, nie mówiąc już o konieczności debatowania z nimi o Polsce, wydawałaby się upiorna. Właśnie dlatego wybieram inną robotę. Taką, co nie skazuje mnie na konieczność fizycznego kontaktu. Tyle że to przywilej redaktora. Polityk, i to aspirujący do roli lidera opozycji, musi mieć inaczej. Nie może podważać zaufania do swoich planów i swojej potencjalnej roli. Sejm to jego naturalny żywioł, chce tego, czy nie.

Czytaj więcej

Jacek Nizinkiewicz: Może to już koniec opozycji totalnej

Chyba że zaczyna powoli dochodzić do wniosku, że jego czas minął i wypada myśleć o emeryturze. Wtedy nie dostrzega się tego, czym żyje elektorat (jak Kaczyński), albo hamletyzuje (jak Tusk). A może rzeczywiście – w obu wypadkach – czas na emeryturę?