To może być najważniejsza wojna naszych czasów, do której konflikt w Ukrainie okaże się tylko przygrywką. W nocy ze środy na czwartek czasu warszawskiego Joe Biden miał po raz pierwszy od czterech miesięcy rozmawiać przez telefon z Xi Jinpingiem. Tak bardzo w opinii Waszyngtonu rośnie zagrożenie inwazją Chin na Tajwan.

Bezpośrednim powodem tego kryzysu jest planowana wizyta na wyspie przewodniczącej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, drugiego co do znaczenia polityka Ameryki. Tak wysokiej rangi przedstawiciel USA nie pojawił się tam od ćwierć wieku, ale wówczas Newt Gingrich, inaczej niż teraz Pelosi, wywodził się z innego niż prezydent ugrupowania. Biały Dom jest tak zatroskany tą sytuacją, że po cichu namawia Pelosi do zmiany planów. Na razie bezskutecznie.

Czytaj więcej

Prof. Antoni Z. Kamiński: Rosjanie, pożyteczni idioci Pekinu

Jednak za tą dyplomatyczną rozgrywką kryje się poważniejszy problem. Xi, który jako pierwszy od czasów Mao przywódca kraju ma na nadchodzącym XX zjeździe KPCh uzyskać zgodę na pełnienie najwyższej funkcji w państwie przez trzecią kadencję, na gwałt poszukuje nowych źródeł legitymizacji władzy. Od czterech dekad był nim niezwykły wzrost poziomu życia w kraju, ale ten zatrzymał się mniej więcej na poziomie Białorusi. Nauczone doświadczeniem pandemii kraje zachodnie chcą skracać łańcuch dostaw: globalizacja, na której tak bardzo korzystały Chiny, nie utrzyma się już w dotychczasowej postaci. A Ameryka, która liczyła, że coraz bardziej zintegrowane z gospodarką światową Chiny wejdą śladami Korei Południowej czy Tajwanu na drogę demokracji, coraz bardziej oddziela się barierą ceł od Pekinu.

W tej sytuacji rośnie dla Xi pokusa pójścia nacjonalistyczną drogą. To w podbojach miałby znaleźć uzasadnienie dla autorytarnej władzy. Zaczął od ścisłego podporządkowania Hongkongu, ale teraz coraz bardziej spogląda na Tajwan. Jego decyzja w znacznym stopniu zależy od ewolucji wojny we wschodniej Europie: jeśli dojdzie do wniosku, że mimo wszystkich porażek Putin ostatecznie odniósł tu sukces, może pójść jego śladem.

To byłaby katastrofa dla świata, bo tym razem Ameryka mogłaby w tę wojnę zaangażować się bezpośrednio. Bo gdyby tego nie zrobiła, szkoda byłaby ogromna: upadek wiarygodności amerykańskiej sieci sojuszy w Azji, która do tej pory powstrzymywała chińską potęgę.