Nie spodziewam się w najbliższym czasie rosyjskich czołgów forsujących granicę na Bugu (z mozołem budowana zapora przeciwko migrantom nie zdołałaby raczej ich zatrzymać) ani inwazji na Frombork czy Braniewo. Rosja może nas zaatakować przy użyciu innej skutecznej broni, którą można odpalić w dowolnym miejscu świata, z biur GRU w Moskwie czy firm przykrywek w Petersburgu. Bo w cyberprzestrzeni – którą mam na myśli – nie ma granic, a szkody wyrządzone przez hakerów wspieranych przez rządy agresywnych państw mogą być niewyobrażalne.

Należy się spodziewać, że atakowi kinetycznemu na Ukrainę będzie towarzyszył cyberatak na obiekty kluczowej infrastruktury – elektrownie, rafinerie, sieci telekomunikacyjne, systemy państwowe, także w państwach ościennych. Nic tak nie wzmoże szoku u sąsiadów Ukrainy, jak awarie systemów w szpitalach, ataki na systemy bankowe czy choćby tak prozaiczne rzeczy, jak system rejestrów kierowców czy dowodów osobistych, dzięki któremu od jakiegoś czasu nie musimy zabierać ze sobą prawa jazdy ani dowodu rejestracyjnego.

Czytaj więcej

Cyberatak na Ukrainie. Nie działają strony ministerstw i SBU

Chcę wierzyć, że służby w porozumieniu z firmami prywatnymi (np. telekomunikacyjnymi) robią wszystko, by się przed cyberatakiem chronić. Ale musimy być gotowi na to, że nie wszystko uda się zabezpieczyć i że nie trzeba wpadać w panikę, gdy nagle stanie metro, wstrzymany zostanie ruch lotniczy czy kolejowy, gdy część kraju zostanie odcięta od internetu i na jakiś czas przestaną działać płatności elektroniczne. Wchodzimy w epokę, w której jako społeczeństwo będziemy się musieli wspólnie nauczyć odporności na ataki hybrydowe, cybernetyczne, o dezinformacji już nawet nie wspominając.