Powrót Donalda Tuska do krajowej polityki musiał zaowocować generalnymi porządkami w Platformie, Koalicji Obywatelskiej i całym sprzyjającym tej formacji otoczeniu. PO jest coraz bliżej wewnętrznego finału. Przewodniczący został wybrany formalnie, a sobotnia Rada Krajowa dodała mu zwiększone grono wiceprzewodniczących. Nie należy się też spodziewać buntów lokalnych baronów, a cały proces wyborczy bez wątpienia zakończy się organizacyjnym sukcesem. Tusk ujął ster pewną ręką bosmana i trzyma go, płynąc na fali.

To nie znaczy jednak, że dopłynie tam, gdzie chce. Zwieranie szeregów jest konieczne dla wizerunku partii i dla wygrania nadchodzących wyborów. Wygrania – czyli przejęcia władzy. To jest wizja, której podporządkowane są wszystkie ruchy kadrowe, decyzje personalne i strategiczne przewodniczącego PO. Do tego potrzebna mu jest jednolita struktura i żelazny mechanizm wykonywania decyzji kierownictwa. Tuska nie interesuje rozkrzyczana federacja indywidualnych bytów i kanapowych podmiotów. Może dlatego tak rzadko wspomina dziś o Koalicji Obywatelskiej. Tym razem do wyborów ma pójść Platforma.

Czytaj więcej

Samorządowcy budują wspólny projekt Tak! Dla Polski

Pojawia się jednak problem. Gdzie w tej koncepcji mieści się Rafał Trzaskowski? Gdzie są samorządowcy związani z PO mniej lub bardziej silnymi więzami, szukający własnej tożsamości i zgłaszający aspiracje budowania własnego szyldu, przynajmniej do wyborów samorządowych? Prezydenci dużych miast mają swój dorobek, czują się prawdziwymi szeryfami w aglomeracjach i na pewno daleko im do odgrywania roli karnego wojska. A Trzaskowski, który nie stanął z Tuskiem w szranki o fotel przewodniczącego, dziś wygrywa w rankingu zaufania nie tylko z nim, ale też z Andrzejem Dudą (sondaż IBRiS dla Onetu). Platforma musi więc postępować bardzo ostrożnie: między nią a wyborcami Karnowskiego, Sutryka, Dulkiewicz, Zdanowskiej czy Trzaskowskiego nie może być nawet centymetra dystansu.

W środę powołano kolejną odsłonę struktur samorządowych: Ruch Samorządowy Tak! Dla Polski. Prezydenci, burmistrzowie, wójtowie i radni chcą, żeby ich na Wiejskiej dobrze słyszano, chcą mieć swój wagon w pociągu do władzy, i to pierwszej klasy, by decydować o listach wyborczych w regionach i o polityce całej partii.

Sukces, jakim były dla opozycyjnej PO wybory samorządowe w wielkich miastach, przyniósł owoce, które może być trudno przełknąć. Uchwała, jaką przyjęli samorządowcy i podpisali prezydenci, marszałkowie oraz burmistrzowie z siedmiu organizacji samorządowych, mówi o różnorodności i o tym, że nie reprezentują partii, tylko mieszkańców. I że jako środowiska demokratyczne podejmują wspólne działania. Przesłanie dla Donalda Tuska jest jasne: jesteśmy po tej samej opozycyjnej stronie, ale wyłącznie jako partnerzy, a nie podwładni.

To przesłanie wzmocnił Trzaskowski – nie wygramy wyborów bez silnych partii opozycyjnych, ale do tego konieczne jest też zaangażowanie środowisk samorządowych. Chcemy budować synergię. Nie wykluczamy więc, że niektórzy samorządowcy wzmocnią opozycję w wyborach do Senatu. Naszym celem jest przecież wygrana sił demokratycznych – mówił prezydent Warszawy.

Oferta została więc złożona. Teraz pora na negocjacje.