Mając za nic konstytucję, obóz władzy wprowadził w życie przepisy, które w większości są powtórzeniem wrześniowego zarządzenia o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Metodą kopiuj-wklej przedłużył lwią część restrykcji i listę miejscowości objętych nowym „zakazem przebywania". I podobnie jak przed trzema miesiącami w podejmowanych przez rządzących środkach wcale nie chodzi o to, by rozwiązać kryzys na granicy, ale o wizerunek i interesy rządzącej partii. Bo to nie działacze organizacji humanitarnych czy dziennikarze są przeszkodą w rozwiązaniu tego kryzysu. Ich obecność jest PiS po prostu nie na rękę.

Z mediami obecna władza ma kłopot nie od dziś. Niezależną od siebie prasę uważa za zagrożenie dla swojego istnienia. Bo przecież gdyby nie niezależne media, opinia publiczna nie dowiedziałaby się choćby ostatnio o przeszłości wiceministra sportu Łukasza Mejzy, która nawet na posłach PiS zrobiła piorunujące wrażenie. Ale po co niby obywatele mają to wiedzieć? Po co ich takimi informacjami konfundować? Niech naród słucha przemówień politycznych liderów i w sprawy władzy się nie wtrąca.

Ta logika też dotyczy granicy. Teraz konstytucyjne prawo do wolności prasy ograniczyć może... komendant strażnicy granicznej. Jeszcze by ktoś nagrał, jak dzielni pogranicznicy wyrzucają przez granicę rodzinę z dziećmi. Już raz żołnierze – poza strefą stanu wyjątkowego – obrzucili „k...mi" fotoreporterów, skuli ich i przeglądali sprzęt elektroniczny. Dziennikarzy z rąk żołnierzy uwolniła dopiero policja. Partia rządząca murem stanęła oczywiście za mundurem. Bo po co się dziennikarze plątali, gdzie nie trzeba? Powinni się cieszyć, że nie dostali w mordę...

Czytaj więcej

Zdeformowany obraz tego, co dzieje się przy granicy z Białorusią

Wszystko to przypomina państwa całkiem lub quasi-autorytarne, gdzie panuje powszechna pogarda dla dziennikarzy. Dla tych krytycznych, bo utrudniają życie, ale też i dla tych swoich, bo wiadomo, że są tylko narzędziem na usługach władzy. Przerabialiśmy to już w czasach PRL. Ale właśnie historyczną rekonstrukcję epoki słusznie minionej zafundowało nam znów MSWiA, które wprowadziło możliwość reglamentowanego wjazdu mediów na tereny nadgraniczne, dając dziennikarzom mniej więcej tyle swobody, co podczas wizyty w Korei Północnej czy Iranie.

Nowa ustawa uderza też w organizacje humanitarne. Minister Kamiński już raz odrzucił prośbę polskiego Kościoła, by na granicę wpuścić wolontariuszy z lekami dla osób zagubionych w przygranicznych lasach. Bo przecież, gdyby oficjalnie na tym terenie działały organizacje charytatywne, to znaczyłoby, że państwo polskie przyjmuje do wiadomości, że ktoś potrzebuje pomocy, a więc ktoś jednak przez granicę nielegalnie przechodzi. Bo gdy Niemcy mówią, że miesięcznie rejestrują 3 tys. osób meldujących się za Odrą po przybyciu z Białorusi przez Polskę, udajemy, że nie wiemy, o co chodzi.

Ale właściwie czego się spodziewać po władzy, której nawet Izrael odmówił przedłużenia subskrypcji na program do inwigilacji terrorystów, ponieważ jednym z warunków jego zakupu jest to, by władze nie używały go przeciw legalnej i demokratycznej opozycji? Chyba że PiS postanowił przygotować się do obchodów 40. rocznicy stanu wojennego, robiąc jego historyczną rekonstrukcję na terenie nadgranicznym...