Premier nieustannie prowadzi działania dyplomatyczne dotyczące sytuacji na wschodniej flance Unii Europejskiej i NATO. By pokazać, że sprawa jest ważna, Mateusz Morawiecki w poniedziałek spotkał się i kilka godzin dyskutował na temat sytuacji geopolitycznej z przedstawicielami opozycji. Tyle tylko, że – jak ujawnił po spotkaniu Szymon Hołownia – premier pytany o to, czy możliwe jest zamknięcie sporu z Komisją Europejską dotyczącego Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, zaprzeczył.
To pokazuje całą złożoność i absurd sytuacji. Po pierwsze, polscy politycy rozpoczęli ofensywę dyplomatyczną po tym, jak konflikt na granicy zaczął deeskalować. Oburzając się, że przywódcy Niemiec i Francji ponad głowami Polski rozmawiali z Łukaszenką i Putinem, politycy obozu rządzącego postanowili wejść do gry, by potem odpierać zarzuty, że konflikt został zażegnany przez Merkel i Macrona. A więc by podłączyć się do sukcesu. Jednak Angela Merkel dzwoniła do Łukaszenki nie po to, by upokorzyć Polaków, ale dlatego, że za Odrą meldowały się tysiące migrantów, którzy przeszli przez rzekomo doskonale chronioną polsko-białoruską granicę, i chciała ten strumień zmniejszyć.