Premier nieustannie prowadzi działania dyplomatyczne dotyczące sytuacji na wschodniej flance Unii Europejskiej i NATO. By pokazać, że sprawa jest ważna, Mateusz Morawiecki w poniedziałek spotkał się i kilka godzin dyskutował na temat sytuacji geopolitycznej z przedstawicielami opozycji. Tyle tylko, że – jak ujawnił po spotkaniu Szymon Hołownia – premier pytany o to, czy możliwe jest zamknięcie sporu z Komisją Europejską dotyczącego Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, zaprzeczył.

Dostając ostrzeżenia, że Rosja się zbroi, Morawiecki zdobył argument do tego, by ruszyć w europejskie tournée i namawiać do solidarności.

To pokazuje całą złożoność i absurd sytuacji. Po pierwsze, polscy politycy rozpoczęli ofensywę dyplomatyczną po tym, jak konflikt na granicy zaczął deeskalować. Oburzając się, że przywódcy Niemiec i Francji ponad głowami Polski rozmawiali z Łukaszenką i Putinem, politycy obozu rządzącego postanowili wejść do gry, by potem odpierać zarzuty, że konflikt został zażegnany przez Merkel i Macrona. A więc by podłączyć się do sukcesu. Jednak Angela Merkel dzwoniła do Łukaszenki nie po to, by upokorzyć Polaków, ale dlatego, że za Odrą meldowały się tysiące migrantów, którzy przeszli przez rzekomo doskonale chronioną polsko-białoruską granicę, i chciała ten strumień zmniejszyć.

Czytaj więcej

Sprawa Mejzy może zdestabilizować większość PiS

Dostając ostrzeżenia, że Rosja się zbroi, Morawiecki zdobył argument do tego, by ruszyć w europejskie tournée i namawiać do solidarności. I tu dochodzimy do drugiego problemu. Zachodnie państwa UE z powagą podchodzą do sytuacji na wschodniej flance (choć nie wszystkie wierzą w doniesienia o planowanej inwazji Rosji na Ukrainę). Ale równocześnie nie godzą się, by z powodu kryzysu przymknąć oko na sprawę praworządności w Polsce. Owszem, Zachód jest gotów do jakichś kompromisów, ale nie zgodzi się na to, by Polska po prostu zignorowała wyrok TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej SN. A tu obóz władzy stał się zakładnikiem Zbigniewa Ziobry. Ten bowiem przegrał „reformę" sądownictwa, ale winą postanowił obarczyć Brukselę i Mateusza Morawieckiego – bo rzekome próby załagodzenia konfliktu uniemożliwiły „reformy". Kłopot w tym, że kolejne ustawy naprawcze Ziobry tylko konflikt zaogniały, Bruksela zaś zgłaszała zastrzeżenia nie w ogóle do reform, ale do zwiększania politycznej presji na sędziów, np. poprzez sposób wyłaniania członków Krajowej Rady Sądownictwa czy właśnie Izbę Dyscyplinarną. Wątpliwości Brukseli podzielił Trybunał w Luksemburgu.

Teraz Ziobro zaostrza retorykę i domaga się kolejnych „reform". Bez jego głosów PiS nie chce i nie może Izby Dyscyplinarnej skasować. Paradoksalnie więc im Ziobro bardziej przegrywa własną „reformę", tym mocniejszy się staje, bo bez niego PiS straciłby teraz większość. Ale to blokuje nie tylko odmrożenie środków z Funduszu Odbudowy czy obniżenie temperatury sporu z Brukselą, ale również odbudowę pozycji Polski w układzie bezpieczeństwa w naszym regionie.