W bardziej dosłownym sensie walczy o przetrwanie i o życie. Zwłaszcza że nie bardzo ma dokąd uciec. Amerykanie nie będą mu szukali złotej klatki za granicą jak Ben Alemu w Arabii Saudyjskiej. I nie ma znaczenia, że Kaddafi uchodził do niedawna za wzorcowy przykład nawróconego sponsora terroryzmu, niemal za nowego przyjaciela Zachodu w świecie islamu. Nikt na Zachodzie nie będzie ryzykował gniewu arabskiej ulicy, by go chronić.
Trudno też sobie wyobrazić, by po oddaniu władzy naród pozwolił mu pozostać w ojczyźnie, jak Egipcjanie Mubarakowi. W Libii nienawiść do dyktatora jest silniejsza, bo przez lata bardziej tłumiona. I, co jeszcze ważniejsze, drastyczniejsze są środki używane do zdławienia buntu.