To rękawica rzucona współrządzącemu regionem Ruchowi Autonomii Śląska. W Internecie już obwołano autorów apelu nacjonalistami i wrogami decentralizacji.
To nieporozumienie. Można debatować, czy Polska ma być podzielona na regiony z większymi uprawnieniami niż obecne województwa. Ale obdarzanie autonomią jednej ziemi ma sens, gdy mieszka tam odrębna narodowość. A narodowość śląska jest kreowana sztucznie. Można być dobrym Ślązakiem, miłującym swą tradycję, i dobrym Polakiem.
Niektórzy twierdzą: niech się czują, kim tam chcą. Dlaczego Polakom ma zależeć na tym, aby tradycja śląska była zrośnięta z polską? Aby ten zrost znajdował odzwierciedlenie we wszystkim: od nauczania w szkole po audycje w lokalnej telewizji? Ależ na tym polega patriotyzm, że uważamy się za jedną wspólnotę. I próbujemy przekonywać innych.
Sytuacja, kiedy to będący mniejszością RAŚ jest w stanie wymusić zmianę barw stadionu w Chorzowie – aby nie były biało-czerwone – jest absurdalna. I nie tylko dlatego, że tysiące Ślązaków płaciły cenę krwi za przywiązanie do polskości – w dobie powstań śląskich czy II wojny światowej. Także dlatego, że wielu obecnych mieszkańców tego regionu to ludzie z innych części Polski, którzy też wnieśli tam swą cegiełkę. Kampania na rzecz "narodowości śląskiej" to recepta na ich alienowanie, na konflikt.
Wizja Śląska wiecznie pokrzywdzonego przez Polaków (przy czym i winy komunizmu są przypisywane polskiemu narodowi) to narzędzie polityki. Zamiast budować dobrobyt wraz z resztą kraju, oddzielmy się murem i zatrzymujmy bogactwo dla siebie. Ta ideologia, choć ma precedensy w innych krajach (Liga Północna we Włoszech), na Śląsku opiera się na kruchych podstawach. Choćby dlatego, że to bogactwo w czasach kryzysu górnictwa jawi się jako bardziej problematyczne niż kiedyś.
Chyba że celem będzie z czasem opieka innego państwa. Naturalnie zmiana granic nam nie grozi. Ale polityczny zamęt nie jest ewentualnością wydumaną.