Reklama

Komorowski zakładnikiem lewicy kulturowej

Druga debata prezydencka różniła się od pierwszej. Andrzej Duda robił wrażenie bardziej rozluźnionego niż w niedzielę, był stroną atakującą, natomiast Bronisław Komorowski miał duże kłopoty, aby wyjść z defensywy, a w końcówce zupełnie stracił wigor i nie widać było, żeby mu bardzo zależało na reelekcji.

Aktualizacja: 22.05.2015 11:22 Publikacja: 22.05.2015 01:12

Komorowski zakładnikiem lewicy kulturowej

Kandydat PiS na początku zaskoczył prezydenta. Komorowski podkreśla na każdym kroku, że jest politykiem bezpartyjnym. Tymczasem Duda wręczył mu chorągiewkę Platformy Obywatelskiej, by po raz kolejny przypomnieć Polakom o tym, że głowa państwa nie wzięła się politycznie znikąd, że jest z tego samego obozu, co rząd, któremu akurat spada poparcie społeczne. Być może był to moment decydujący o przebiegu spotkania, bo ewidentnie Komorowskiego ten gest zirytował.

Dość zręcznym zabiegiem Dudy było wykorzystanie czasu, w którym miał odnieść się do pomysłu jednomandatowych okręgów wyborczych i kwestii światopoglądowych, na odrzucenie oskarżeń postawionych w pierwszej debacie, a dotyczących jego sytuacji zawodowej. Eurodeputowany PiS wyjaśnił, dlaczego zarzuty o blokowanie etatu na uczelni są nieuzasadnione, i tym samym dał do zrozumienia, że w czwartek inicjatywa będzie należała do niego.

Zasadnicza merytoryczna przewaga Dudy wynikała z jego odwoływania się do prawa, a zwłaszcza do ustawy zasadniczej. Na jego pytanie o to, jakie konkretne zastrzeżenia zgłosił Trybunał Konstytucyjny do ustawy o zgromadzeniach, którą wcześniej Komorowski podpisał, prezydent konkretnie nie odpowiedział. A nawet zachował się niepoważnie – uciekł w jakieś nieistotne rozważania nad tym, czy wolno zasłaniać twarze podczas manifestacji.

Ciosem w Komorowskiego okazała się wymiana zdań dotycząca konwencji antyprzemocowej. Gospodarz Belwederu chciał udowodnić, że Duda będąc przeciw ratyfikacji przez Polskę tego dokumentu jest za depenalizacją przemocy domowej, co byłoby bądź co bądź absurdem. I tym razem kandydat PiS był górą powołując się chociażby na opinię uchodzącego w kręgach PO za autorytet, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego, profesora Andrzeja Zolla, którego zdaniem konwencja w wielu punktach stanowi ideologiczne narzędzie ataku na tradycyjny model rodziny i w wielu państwach Europy bynajmniej nie została ratyfikowana.

Duda słusznie zauważył, że obowiązujące w Polsce przepisy prawa wystarczająco regulują to, w jaki sposób organy państwa mają przeciwdziałać przemocy domowej. W ten sposób po raz kolejny się okazało, że eurodeputowany PiS nie przejmuje się żadną poprawnością polityczną, natomiast prezydent, poniekąd wbrew głoszonemu przy innych okazjach swojemu konserwatyzmowi, stał się zakładnikiem lewicy kulturowej.

Reklama
Reklama

Rywal Komorowskiego nie ustrzegł się jednak – i to trzeba mocno zaznaczyć – ryzykownych obietnic wyborczych, na przykład zapowiadając pomoc państwa dla frankowiczów czy podniesienie kwoty wolnej od podatku. Powinien więc brać pod uwagę to, że jeśli zwycięży w wyborach, zostanie potem z takich deklaracji surowo rozliczony. Tu nie może być mowy o żadnej taryfie ulgowej.

Komentarze
Jerzy Haszczyński: Rada Pokoju Trumpa na razie skupiona na niekontrowersyjnym celu, na Strefie Gazy
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Komentarze
Michał Szułdrzyński: Czy Polska jest skazana na wybór między suwerennością a bezpieczeństwem?
Komentarze
Zuzanna Dąbrowska: Bez przeszłości i bez idei, czyli rozłam w Polsce 2050
Komentarze
Joanna Ćwiek-Świdecka: Czy SOR to musi być horror?
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama