Ambasador USA, Dennis Shea odrzucił ponadto wcześniejszy zarzut Unii Europejskiej, że to Waszyngton jest epicentrum kryzysu. - Kryzysy wywołuje zasadnicza niekompatybilność chińskiego reżimu gospodarczego, nierynkowego i wypaczającego handel, z otwartym, przejrzystym i przewidywalnym międzynarodowym systemem handlu. - powiedział. - Dochodzi do tego zbiorowe fiasko członków WTO rozwiązania tego problemu od wielu lat.

Shea zarzucił Chinom wymuszanie transferu technologii i "kradzież bez osłonek, kiedy im to pasuje", aby stać się największym producentem zwłaszcza w branżach o znaczeniu strategicznym. - Chiny będą subwencjonować i utrzymywać nadwyżkę mocy produkcyjnych w licznych sektorach, zmuszając producentów w innych krajach do zamykania zakładów. Chiny będą stosować dumping swych wyrobów na naszych rynkach twierdząc, że wszystko jest OK, bo nasi konsumenci płacą trochę mniej. To nie jest do zaakceptowania - powiedział.

Z kolei wicedyrektor generalny departamentu ds.WTO w chińskim resorcie handlu, Hu Yingzhi odparował, że 'lekkomyślne działania" administracji Trumpa są przyczyną kryzysu. - Chiny absolutnie sprzeciwiają się być kozłem ofiarnym i wymówka dla jednostronności i protekcjonizmu - stwierdził i wyraził nadzieję, że pokłosiem szczytu prezydentów Xi Jinpinga i Donalda Trumpa w grudniu w Buenos Aires może być "zmierzanie obu mocarstw w tym samym kierunku, z wzajemnym szacunkiem, w przyczynianiu się do stabilizacji warunków światowej gospodarki i handlu".

Stany i Chiny postanowiły wtedy o zawieszeniu wojny handlowej od 1 stycznia. Trump utrzyma od początku roku stawkę 10 proc. na chiński import za 200 mld dolarowy, nie podniesie jej tym razem do 25 proc. - ogłosił Biały Dom. Nowe stawki zostałyby jednak wprowadzone, gdyby rozmowy USA-Chiny nie zakończyły się sukcesem do 1 marca - zastrzegł później przedstawiciel ds. handlu, Robert Lighthizer.