Ren, rzeka kluczowa z gospodarczego punktu widzenia dla Niemiec, właśnie staje się praktycznie niezdatny do transportu śródlądowego. Zgodnie z prognozami, w piątek stan wody w miejscowości Kaub, strategicznym punkcie na zachód od Frankfurtu, miał spaść do ledwie 40 cm.

Według niemieckiego instytutu hydrologicznego już przy takim poziomie dla większości barek przewozy stają się ekonomicznie nieopłacalne, a w sobotę stan wody ma spaść jeszcze o kolejne 3 cm. Jak oblicza ośrodek Insights Global, w ciągu dwóch miesięcy stawki za przewóz paliw barką do szwajcarskiej Bazylei skoczyły dziesięciokrotnie.

Będąca historycznie główną magistralą dla najbardziej uprzemysłowionych regionów Niemiec, Holandii i Szwajcarii, rzeka do dzisiaj zachowuje ogromne znaczenie gospodarcze. Transportuje się nią towary przemysłowe i surowce energetyczne – na czele z olejem napędowym i węglem. Choć część mniejszych barek będzie nadal zdolna przepłynąć przez środkowy odcinek, to i tak ograniczenie dostaw surowców do elektrowni (i wzrost kosztów) jest nie do uniknięcia.

Czytaj więcej

Susza podbija ceny w Polsce. Branże, które żyją w strachu

Skutkiem może być pogłębienie kryzysu energetycznego, z jakim Europa zmaga się za sprawą spadku dostaw gazu z Rosji. Na ironię losu zakrawa, że groźba niedoborów energii zmusza rządy do zwiększenia skali korzystania z węgla, a jednocześnie związane ze spalaniem tego paliwa zmiany klimatyczne utrudniają działalność samym elektrowniom.

Ceny energii w Niemczech były w czwartek najwyżej od marca – za megawatogodzinę z dostawą we wrześniu płacono 420 euro, o prawie 2 proc. więcej niż dzień wcześniej. Ceny podbija kolejna fala upałów na zachodzie Europy, która zwiększa zapotrzebowanie na energię do klimatyzacji pomieszczeń, a utrudnia nie tylko działanie elektrowni węglowych, ale także wodnych i atomowych. Do tego ryzyko całkowitego wstrzymania dostaw gazu z Rosji nie znika.

To, że na załagodzenie kryzysu energetycznego w Europie wskazuje niewiele, potwierdzał powrót notowań holenderskich kontraktów na gaz ziemny powyżej pułapu 200 euro za MWh. Niskie stany wody w Renie to fatalna wiadomość nie tylko dla niemieckiej energetyki, ale i dla innych gałęzi przemysłu – do najbardziej poszkodowanych firm zaliczyć można chemiczny BASF i metalurgicznego Thyssenkruppa.

– Jeśli stan Renu w Kaub spadnie w następnych dwóch tygodniach do 35–55 cm (odczyty te nie pokazują faktycznego stanu wody, są wartościami umownymi – red.), niektóre barki w ogóle nie będą w stanie przepłynąć Renu, a inne będą przewozić mniej ładunku – ostrzegał w środowym komunikacie BASF.

Na Ren negatywnie wpływają nie tylko tegoroczne susze i upały, ale także długofalowe zmiany klimatu. W ostatnich latach zmniejszyły się dopływy wody pochodzącej z alpejskich lodowców, bo za sprawą ciepłych i suchych zim czapy lodowe przyrastają w chłodnych miesiącach tylko nieznacznie (według naukowców do końca tego wieku lodowce alpejskie mają zniknąć całkowicie).

Choć sytuacja na Renie niesie ze sobą najdalej idące skutki gospodarcze, to niskie stany wód w innych głównych rzekach europejskich również odbijają się na gospodarce negatywnie.

W Dunaju jest za mało wody, żeby swobodnie spławiać nim ładunki, w tym towary rolne. Z utrudnieniami mierzy się też korzystająca z rzeki żegluga turystyczna – z podobną sytuacją mamy do czynienia na Wiśle. Włoski Pad wyschnął na tyle, że włoscy rolnicy nie mają jak nawadniać pól, a w Rodanie i Garonnie woda jest zbyt ciepła, żeby chłodzić reaktory francuskich elektrowni atomowych.

Z gospodarczego punktu widzenia najistotniejsze są jednak problemy żeglugi śródlądowej, której wkład w unijną gospodarkę Eurostat ocenia na 80 mld euro rocznie. Już w 2018 r. złe warunki hydrologiczne, utrudniające transport Renem doprowadziły do strat sięgających 5 mld euro, a według Alberta Jana Swarta, ekonomisty ABN Amro Banku, w tym roku straty będą dużo większe.

– Możliwości funkcjonowania żeglugi śródlądowej będą poważnie ograniczone tak długo, jak długo w regionie nie spadną większe ilości deszczu. Do tego dochodzą szkody wyrządzone w Niemczech przez wysokie ceny energii elektrycznej. Mówimy o miliardach euro – komentuje specjalista w rozmowie z agencją Bloomberg.