Od kilku miesięcy tematem nr jeden w Polsce jest inflacja. Jest już za wysoka czy wręcz przeciwnie, służy państwu i budżetowi?

Inflacja wyrwała się spod kontroli w końcowych latach PRL. Wskutek tego w 1989 r. mieliśmy 1000 proc. inflacji. Potem udało się ją opanować, z czego nadal odczuwam satysfakcję. Gdy byłem prezesem NBP, to w 2001 r. inflacja przekroczyła jeszcze 7 proc., a gdy kończyłem kadencję, była poniżej 2 proc. Sądziłem, że tak zostanie. Wszyscy prezesi NBP, aż do obecnego Adama Glapińskiego, kontynuowali tę politykę. Morał jest taki, że inflacja zależy od polityki pieniężnej, która za czasów Adam Glapińskiego jest fatalna. Przez pierwsze dwa lata korzystał on z odziedziczonych okoliczności, które umożliwiały utrzymywanie niskiej inflacji, ale w 2019 r. błędnie uznał, że NBP pod jego kierownictwem jest jak amerykański Fed. Pewnie myślał, że może utrzymywać niską inflację przy bardzo niskich stopach procentowych i masowym drukowaniu pieniędzy. A to właśnie przyczyniło się do podbicia inflacji, która jeszcze przed pandemią przekroczyła 4 proc. Nie można za to winić tylko pandemii, a nie dostrzegać polityki Glapińskiego i Rady Polityki Pieniężnej.

Gdyby pan był szefem NBP, to kiedy proponowałby pan podnieść stopy procentowe?

Przede wszystkim bym nie obniżył ich tak jak to zostało zrobione i nie przechodziłbym do masowego drukowania pieniędzy przez NBP. Szkody już nastąpiły. Zadaniem RPP jest teraz odkręcanie szkód, jakie wyrządzili. Nie wiem, czy Glapiński i jego współpracownicy czują się za to odpowiedzialni.

Czytaj więcej

Wśród drożejących towarów jest m.in. żywność
Tak wysokiej inflacji nie było od dawna. GUS przedstawił korektę

No właśnie, to co będzie dalej z inflacją?

Na razie nie widzę antyinflacyjnej strategii RPP. Doszło do podwyżki stóp procentowych, ale to nie załatwia sprawy (jakiś udział w tym miał list otwarty byłych prezesów NBP i byłych członków RPP.) Stopy podwyższono, ale bez żadnej deklaracji, że RPP będzie działać zgodnie z konstytucją, zgodnie z ustawą o NBP, czyli będzie prowadzić taką politykę pieniężną, że inflacja będzie schodzić do wyznaczonego celu 2,5 proc. Nie wiadomo, jakie będzie tempo wychodzenia z masowego drukowania pieniędzy, tego nieodpowiedzialnego naśladownictwa Fedu.

Od lat zajmuję się polityką pieniężną na Zachodzie i byłem bardzo sceptyczny co do długofalowych skutków prowadzenia polityki bardzo niskich stóp procentowych i masowego tworzenia pieniądza. Nie byłem jedyny, ale w mniejszości. Teraz coraz więcej osób tak uważa. To, co jest ryzykowne dla wielkiego kraju – USA, jest bardzo niebezpieczne dla kraju o innej skali i gospodarce. Nieodpowiedzialna kontynuacja polityki monetarnej krajów rozwiniętych będzie nas prowadzić w kierunku krajów mniej rozwiniętych, to znaczy znacząco wyższej inflacji, następnie – dużo wyższych stóp procentowych. Drastycznym sygnałem ostrzegawczym może być tu Turcja.

Co by pan podpowiedział prezesowi Glapińskiemu, gdyby chciał słuchać?

Autopromocja
#NowaRp.pl

Znacznie więcej niż wiedza

ZAPRENUMERUJ

Potrzebna jest bardzo mocna deklaracja, że polityka pieniężna będzie służyć celowi określonemu w konstytucji i ustawie o NBP, to znaczy stabilności pieniądza. Żeby komunikacja była wiarygodna, w ślad za tą deklaracją muszą pójść podwyżki stóp procentowych. Nie będę podawał określonych wielkości, bo musiałbym mieć więcej informacji z NBP. Powinny być podwyżki, które wiarygodnie zaprzeczą dotychczasowym prognozom mówiącym o inflacji grubo powyżej celu w tym i następnym roku. Skrajne prognozy mówią o rosnącej inflacji.

Prowadzenie odpowiedzialnej polityki pieniężnej to podejmowanie decyzji przy niepełnej informacji. Gdy już wiadomo, że inflacja jest wysoka, to ten, który do tego dopuścił, musi znacznie podwyższać stopy.

Popularne, ale błędne, przeciwstawienie polega na tym, że mówimy „nie możemy obniżać inflacji, bo zagrozi to wzrostowi". Ale o jaki chodzi tu wzrost? Krótkookresowy, chory. A nam chodzi o wzrost, który będzie trwały. Nie ma wątpliwości, że niska inflacja jest jednym z warunków zdrowego, długofalowego wzrostu.

Czytaj więcej

Adam Glapiński, prezes NBP
Glapiński: To cud polskiej gospodarki. Takich sukcesów nie mieliśmy od czasów rozbiorów

Błędem były wszystkie tarcze wzmacniające płynność w gospodarce?

Chodzi o skalę. Trzeba przeanalizować, ile tego było i jak pomoc została wykorzystana. Nie każdy kraj, który nie jest Stanami Zjednoczonymi, stać na tak masowe drukowanie pieniędzy. A nawet co do USA są wątpliwości.

Mamy globalny kryzys energetyczny. To kolejny czynnik, tym razem zewnętrzny, który będzie pchał ceny w górę?

Nie twierdzę, że nie ma innych czynników proinflacyjnych niż zła polityka gospodarcza. Ale polityka monetarna jest głównym narzędziem przeciwdziałania trwale podbitej inflacji. A problem ekologiczno-energetycznej przebudowy naszej gospodarki to odrębny temat.

Prawdą są słowa prezesa NBP, że obecne podwyżki stóp procentowych nie miałyby żadnego przełożenia na inflację w Polsce?

Nikt nie twierdzi, że podwyżka stóp za miesiąc załatwia sprawę. On polemizował z absurdalną tezą. Przez jakiś czas mogą się utrzymywać zewnętrzne czynniki proinflacyjne, włącznie z zaburzeniami podażowymi. Idzie o to, by gdy będą słabnąć, podbita inflacja się nie utrwaliła wskutek braku odpowiedniej polityki pieniężnej.

Inflacja rozwiąże problemy rządu? Zwiększa wpływy z podatków, zmniejsza realną wartość długu...

To jest pokusa dla osób krótkowzrocznych i nieodpowiedzialnych za kraj. Nie wiem, czy to wynika z premedytacji, cynizmu czy głupoty. Niezależnie od przyczyn, to na dłuższą metę inflacja jest szkodliwa dla ludzi i dla gospodarki. Nie znam kraju, w którym rosnąca inflacja byłaby popularna.

Inflacja straszy jednak nie tylko w Polsce. Istnieje ryzyko globalnej inflacji, jak w latach 70.?

Wtedy wysoka inflacja wynikała z fatalnej polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i niektórych innych krajach Zachodu. Trudno dziś uwierzyć, ale w latach 70. w ekonomii głównego nurtu przeważała teoria, że inflacja nie zależy od czynników pieniężnych. Ówczesny szef banku centralnego USA Arthur Burns (przewodniczący Fedu w latach 1970–1978 – red.) prowadził taką politykę. Aby być dobrym szefem banku centralnego, który wykonuje swoją misję, czyli utrzymuje niską inflację, to oprócz wiedzy trzeba mieć charakter. Inflacja w Stanach Zjednoczonych wzrosła do kilkunastu procent, aż wreszcie Paul Volcker (szef Fedu w latach 1979–1987 – red.) wprowadził rygorystyczną monetarną politykę, która doprowadziła do zdecydowanego obniżenia inflacji, choć okupiono to recesją w USA.

Świat nie będzie musiał czekać na kolejnego Volckera?

To zależy, jakie będzie wyjście z tej niekonwencjonalnej polityki pieniężnej na Zachodzie. Ono może być różne, ale dla Polski jest jasne: nas nie stać na powrót do wysokiej inflacji. W krajach UE na razie nie ma takiej inflacji, jak w Stanach.

W Niemczech 4,1 proc.

Ale nie 5,6 proc.

Jak skończy się to powszechne drukowanie pieniądza na świecie? Idziemy w stronę cyfrowej waluty?

To jest zasadnicze pytania. Podbicie inflacji, które stało się przy covidzie, jest sygnałem alarmowym. Uczestnicząc w różnych gremiach międzynarodowych, widzę, że wzmacnia się opinia, iż nie można bezterminowo prowadzić polityki polegającej na utrzymaniu bardzo niskich stóp i masowego tworzenia pieniędzy przez banki centralne.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy też wysłał sygnał, aby być czujnym.

Czas najwyższy.

Zapytamy w takim razie wprost: Polsce grozi kierunek turecki, jeśli chodzi o politykę pieniężną, kurs walutowy, nieprzewidywalność?

Przy odpowiedzialnej polityce pieniężnej tak nie musi być. Generalnie przy kontynuacji polityki PiS grozi nam, że przestaniemy doganiać Zachód. Grozi nam bardzo silne spowolnienie, bo czynniki, od których zależy rozwój, zostały przez PiS osłabione. Obniżono wiek emerytalny, wycofano część beneficjentów 500+ z rynku pracy.

Bardzo dotkliwe jest też pogorszenie warunków ustrojowych i ekonomicznych dla wzrostu produktywności: nacjonalizacje firm, wzrost szkodliwych regulacji i podatków oraz spotęgowanie ryzyka politycznego, które obniża prywatne inwestycje.

Wyniki finansowe wielu dużych firm z udziałem Skarbu Państwa idą jednak na rekord.

Jak ktoś ma pozycję quasi-monopolistyczną, to nietrudno o takie wyniki.

Nie wiem, czy Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński wierzą, że własność państwowa z punktu widzenia rozwoju gospodarki jest równie dobra (a może lepsza) jak prywatna, czyli czy wierzą w socjalizm. Myślę, że Kaczyńskiemu chodzi o władzę, bo tylko przy własności państwowej można ludzi mianować lub wyrzucać. Nacjonalizacja wiąże się z korupcją polityczną. Kupowanie za publiczne pieniądze zwolenników.

Mamy ponad 40 proc. aktywów w znacjonalizowanych bankach. Badania pokazują, że przy takim udziale banków państwowych, poprzez upolitycznienie decyzji kredytowych prędzej czy później następuje kryzys. Tak było w Hiszpanii. Słowenia miała też pokazowy krach państwowych banków. PiS pcha Polskę w sferę zwiększonego ryzyka gospodarczego.

Społeczeństwo jednak to akceptuje. Otrzymuje co miesiąc 500+, zdaje się nie dostrzegać inflacji. Więc chyba jest dobrze.

A jak długo społeczeństwo było zachwycone Gierkiem?

Aż zniknęła szynka.

To jest częściowa odpowiedź. Wchodzimy w sferę płacenia rosnących kosztów polityki, która wielu się podobała. Kosztów ekonomicznych ludzie nie odczuwali, bo PiS miał na początku niebywały fart. Gdy objął władzę pod koniec 2015 r. mieliśmy cykliczne ożywienie w Unii Europejskiej. Podwoił się napływ Ukraińców do pracy w Polsce. To spowodowało, że o miliardy złotych zwiększyła się kasa państwowa, którą następnie przeznaczono na kupowanie sobie głosów. Cuda nie trwają jednak wiecznie. Wchodzimy w fazę, która po ożywieniu covidowym nie będzie dalszym boomem. W naszej gospodarce będziemy mieli narastające koszty tej polityki. Polityki prezesa NBP co do inflacji, a także czynniki demograficzne i kwestie produktywności ważne dla gospodarki. Sygnałem alarmowym powinno być to, że przy całej propagandzie Mateusza Morawieckiego o stopie inwestycji 25 proc., mamy ją poniżej 20. Najważniejsze inwestycje, czyli prywatne, dołują.

Z czego to się bierze?

Głównie ze zwiększonego ryzyka politycznego.

Przedsiębiorcy w ogóle nie inwestują czy nie inwestują w Polsce?

Być może zwiększyły się inwestycje zewnętrzne. Z punktu widzenia rozwoju polskiej gospodarki bardziej się liczą inwestycje w kraju.

Tak jak ludzi głosują nogami i emigrują, tak przedsiębiorcy głosują w ten sposób. Ograniczają inwestycje albo nie inwestują więcej, gdy mają do tego środki finansowe.

Władza przechodzi do kolejnej ofensywy. Co panu się podoba w Polskim Ładzie? Choć jedna rzecz...

Ta nazwa to prymitywny plagiat z Nowego Ładu Roosevelta. Zresztą tamten program w dużej mierze hamował ożywienie gospodarcze w USA w latach 30. A Polski Ład to rosnąca komplikacja systemu podatkowego, zwiększony deficyt finansów publicznych i ich centralizacja kosztem samorządów, czyli władz lokalnych.

Jakie to może mieć konsekwencje?

Jeżeli celem jest wzmocnienie sił rozwojowych, to jest krok wstecz. Ludzi trzeba rozliczać z tego, co robią dla gospodarki na dłuższą metę i nie oszukują społeczeństwa, twierdząc, że przejściowe korzyści są rezultatem długofalowej strategii. Prawie wszystkie organizacje reprezentujące przedsiębiorców były krytyczne i wzywają, żeby nie wprowadzać Polskiego Ładu w życie.

Przedsiębiorcy są bardziej zainteresowani perspektywami rozwoju swoich firm niż inni ludzie, którzy mniej się tym zajmują. To bardzo istotny sygnał ostrzegawczy.

Centralizacja i odebranie decyzyjności, a zwłaszcza pieniędzy z samorządów to ryzyko?

Generalnie za rządów PiS mamy do czynienia z pełzającym zamachem stanu, czyli zmianą ustroju przy jednoczesnej propagandzie, że nic się nie zmienia. Na tym polega oszustwo.

Z punktu widzenia ustroju polityczno-gospodarczego najważniejszą zmianą w Polsce było przejście od socjalizmu do kapitalizmu, czyli od monopolu własności państwowej do dominacji własności prywatnej i rynku. Bez tego nie mielibyśmy ani rozwoju gospodarki, ani demokracji. Drugą doniosłą reformą rozpoczętą przez rząd Mazowieckiego była decentralizacja państwa poprzez stworzenie niezależnych władz lokalnych, nazywanych u nas samorządem. Pod rządami PiS mamy nacjonalizację i wzrost regulacji, które uderzają w pierwszą ustrojową reformę oraz odbieranie kompetencji i środków samorządom, co bije w drugą przemianę ustrojową.

Jakie cywilizacyjne konsekwencje może mieć taka zmiana? Władza deklaruje, że będzie stwarzała więcej możliwości małym miejscowościom, wsiom itd. Jest to w stanie powstrzymać przechodzenie ludzi z małych miejscowości do dużych miast, gdzie się więcej zarabia?

Sam kierunek jest zły. Istota PRL polegała na odgórnym rozdawnictwie, również między władze lokalne. To jest krok w tym kierunku.

Czy widzi pan ryzyko, że „dobre" dla władzy centralnej samorządy dostaną dużo, a te „niedobre" – mało?

Polityczne rozdawnictwo rzadko daje dobre wyniki. Rzadko wynika ze szlachetnych motywów, a nawet jeśli są, to na niekorzyść centralizacji działa brak wiedzy u rozdających oraz zamienianie innych w petentów. Ludzie podejmują lepsze decyzje, jeżeli bardziej ich to dotyczy. Klasyczny argument na rzecz decentralizacji w państwie jest taki, że dzięki niej politycy są bliżej wyborców.

Czy można połączyć wszechobecną inflację z Polskim Ładem? Czyli: odbierzemy trochę klasie średniej i przesuniemy to w stronę twardego elektoratu.

Inflacja wynika z niezależnej działalności Adama. Glapińskiego i jego kolegów z RPP. Wyrażało się w tym lekceważenie konstytucyjnej odpowiedzialności za stabilność pieniądza w Polsce, a w to miejsce większa dbałość o partyjne cele. A Polski Ład, jak powiedziałem, to nie jest strategia rozwoju gospodarki, ale wynik politycznych kalkulacji PiS.

Jednak zysk NBP rośnie, rezerwy walutowe rosną, złoty jest w miarę stabilny, w skarbcu przybywa złota.

Nie spodziewałem się, by jakikolwiek prezes NBP reklamował się w mediach, jakim jest dobroczyńcą, bo tyle złota sprowadził do kraju. Ale ludzi to mało obchodzi. Za to słusznie przejmują się inflacją.

Złoto jest dobrym aktywem rezerwowym?

W jakichś ilościach tak, ale przecież nie ma już na świecie walut opartych na złocie.

Dużo ostatnio mówi się o raporcie, którego współautorem był profesor SGH Zbigniew Krysiak. Chodzi o bilans korzyści i strat obecności Polski w UE. Jak pan skomentuje ten raport?

Nawet Patryk Jaki wycofał się już z tej bzdury. W różnych zawodach są różni ludzie. Tytuł profesora nie jest gwarancją ani intelektu, ani jakości. Autorzy tej cudacznej analizy zapisali się w historii. Wszystkie rzeczowe analizy wykazały fałsz wyliczeń Krysiaka i Grossego. A przecież korzyści uczestnictwa Polski w UE nie ograniczają się do finansów. Dla Polski to cywilizacyjna zmiana. Jesteśmy częścią zjednoczonej Europy i jesteśmy jej obywatelami. Nie potrzebujemy wiz i paszportów. Nasze towary i usługi mogą swobodnie konkurować na wielkim, unijnym rynku. Dzięki UE jesteśmy bardziej bezpieczni. Można sądzić, że UE broniłaby, nie militarnie, ale np. sankcjami ekonomicznymi w razie zagrożenia ze strony jakiegokolwiek agresora. W warunkach Polski jest to o wiele ważniejsze niż w przypadku Wielkiej Brytanii. Powiem tak: każdy, kto działa w kierunku wyprowadzenia Polski z UE, jest zdrajcą.

Obawia się pan scenariusza polexitu? Czy to fake news, jak mówi premier Morawiecki?

Najbardziej się obawiam, gdy premier Morawiecki czemuś zaprzecza.

Nie boi się pan, że taki scenariusz zrealizuje się „niechcący", jak w Wielkiej Brytanii?

Tam, przed referendum, nikt się nie spodziewał, że taki może być rezultat. Trzeba to traktować jako sygnał ostrzegawczy. Pamiętajmy, że dla Polski uczestnictwo w UE jest o wiele ważniejsze niż dla Wielkiej Brytanii. Trzeba umacniać poparcie polskiego społeczeństwa dla UE.

Francuski prawnik Laurent Pech powiedział, że de facto PiS próbuje wyprowadzić Polskę z europejskiej wspólnoty prawa, jednocześnie głosząc, że nic takiego się nie dzieje i dążąc do dalszego czerpania korzyści finansowych z UE. Myślę że Unia nie może się zgodzić na destrukcję swojego filaru, a mianowicie praworządności, a w tym niezależności sędziów. Po stronie polskiego społeczeństwa jest tylko jedna dobra odpowiedź: dużo większa, zorganizowana mobilizacja w obronie tego, o czym nie mogliśmy nawet marzyć w PRL. Wszystkie sondaże pokazują, że PiS opiera się na mniejszości.

Gdzie dzisiaj szukać sprzymierzeńców w UE i polityce zagranicznej Polski?

Antypolskim szaleństwem Kaczyńskiego jest to, że nasi główni strategiczni sojusznicy Stany Zjednoczone i UE są dla PiS głównymi wrogami. Do tego dochodzi konflikt z Czechami. Co do Rosji i jej wewnętrznego reżimu nie słyszę z ich strony żadnej krytyki.

Jak ocenia pan prawdopodobieństwo reakcji KE czy całej UE i przykręcenia kurka z pieniędzmi?

Wyobraźmy sobie, że wchodzimy do ważnego klubu, z czego czerpiemy korzyści, ale zobowiązujemy się do przestrzegania jego reguł: nie będziemy pluć na podłogę i upijać się. A robimy to. Co wtedy zrobią inni członkowie klubu?

Wyproszą nas z dobrej „restauracji"?

Formy nietolerowania są różne. Większość Polaków je zrozumie, gdyż nie podziela antyunijnego nastawienia rządzącej koalicji.

Przez 30 lat byliśmy świadkami postępującej globalizacji, która pomagała opanować tendencje inflacjogenne. Ile by się pieniędzy nie wyemitowało, to była wielka fabryka pt. Chiny i Azja, z tanią siłą roboczą.

Gospodarczy awans Chin zapoczątkowany na przełomie lat 70. i 80. wynikał z porzucenia przez nie socjalizmu, czyli monopolu własności państwowej i odegrał ogromną rolę w światowej gospodarce. Ale Chiny nie zastąpią zdyscyplinowanej polityki pieniężnej na Zachodzie i – tym bardziej – w Polsce.

Ale następuje chyba defragmentaryzacja świata ze względów politycznych.

Na razie tego nie dostrzegam. Jak się czytało analizy politologiczne, to miało się wrażenie, że nie da się przezwyciężyć protekcjonistycznych tendencji. A jednak świat się zglobalizował, co dało ogromne korzyści biedniejszym i bogatszym. To ogromne osiągnięcie. Nie dostrzegam wyraźnych sygnałów cofania się.

Ale mamy tarcia między Chinami i Stanami Zjednoczonymi.

To jest raczej sprawa zobowiązań i interesów politycznych. W sferze faktów nie mamy cofania się globalizacji i bardzo dobrze.

Chiny są ogromnym beneficjentem globalizacji. Sukces Chin polega na tym, że przeszły od socjalizmu do kapitalizmu. W odróżnieniu od innych wielkich krajów, Chiny otworzyły się na świat i stały się fabryką świata.

To na koniec: gdzie teraz szukać na świecie czarnego łabędzia, globalnego czynnika ryzyka, który znów wszystko wywróci do góry nogami?

Tego nikt oczywiście nie wie. Z punktu widzenia konfliktów między narodowych ryzykowne działania mogą wyjść z Chin, bo mają największy potencjał i mogą łatwo mobilizować chiński nacjonalizm. Nigdy też nie wiadomo, co zrobi Putin. To jest argument za tym, by Polska trzymała się zachodnich sojuszy i umacniała się wewnętrznie.

CV

Leszek Balcerowicz jest profesorem Szkoły Głównej Handlowej, twórcą programu reform gospodarczych w Polsce rozpoczętych po upadku komunizmu w 1989 r. Był wicepremierem i ministrem finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego oraz Jana Krzysztofa Bieleckiego (lata 1989–1991), a także Jerzego Buzka (1997–2000). W latach 2001–2007 był prezesem Narodowego Banku Polskiego.