Rz: Samorządowcy czekali na spotkanie z premierem dłużej niż artyści w telewizji TVN. Rząd was nie lubi?

Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa:

Trudno powiedzieć, że lubi. Ale skoro daje nam coraz to nowe zadania do wykonania, to można to traktować jako swojego rodzaju wyraz zaufania do funkcji, jaką pełnią samorządy.

Niektórzy członkowie rządu chyba wam jednak nie ufają, skoro oskarżają was o zadłużanie się na prawo i lewo.

Takie podejście jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Samorządy całość swojego zadłużenia przeznaczają na inwestycje. To przedsięwzięcia, które pozwalają rozwijać się miastom i gminom, podnoszą jakość życia mieszkańców i napędzają gospodarkę.

A teraz minister finansów Jacek Rostowski, poprzez kolejne ograniczenia, chce zatrzymać to koło zamachowe?

Dokładnie tak. Pomysł, by deficyt samorządów nie mógł przekroczyć 4 proc. ich dochodów w 2012 r. i 1 proc. w 2015 r., uderzy we wszystkich. W dwóch wymiarach. Po pierwsze, mamy w Polsce wiele miast i gmin, większych i mniejszych, które przez wiele lat oszczędzały, przygotowywały się do rozpoczęcia dużych inwestycji i właśnie w 2012 r. przewidziały wyższy deficyt niż 4 proc. A minister Rostowski chce zniwelować ich plany, zatrzymać je w pół kroku.

Kraków nie ma takiego problemu?

Nie, bo my już w ostatnich latach zrealizowaliśmy sporo inwestycji. Teraz miasto musi trochę odpocząć. Ale w niedalekiej przyszłości takie ograniczenia bardzo będą przeszkadzać. To jest właśnie ten drugi, bardziej dalekosiężny wymiar. Wedle tego rozporządzenia Kraków mógłby zaciągać ok. 30 mln zł kredytu rocznie. Dla porównania – wyremontowanie jednej z ważnych ulic kosztuje 300 mln zł. Mamy to robić przez dziesięć lat? A co mają powiedzieć małe gminy, np. z 50 mln zł dochodów? Ich deficyt mógłby sięgnąć 500 tys. zł. Co za takie pieniądze można zdziałać?

Autopromocja
Historia Uważam Rze

Teraz z darmową dostawą i e‑wydaniem gratis!

ZAMÓW

W ciągu ostatnich czterech lat przekazano samorządom ustawami ponad 120 nowych zadań

Generalnie inwestycje samorządowe mogą zostać wstrzymane?

Ograniczenia naszych przedsięwzięć to zastopowanie rozwoju całego kraju. Przecież inwestycje publiczne to przede wszystkim, oprócz wielkich budów autostrad i kolei, inwestycje samorządowe. Ich zatrzymanie odczują nie tylko lokalne społeczności, ale także gospodarka. Przedsiębiorcy będą mieli mniej zleceń, mniej dochodów, będą potrzebowali mniej pracowników, wzrośnie bezrobocie i wydatki z pomocy społecznej.

Minister Rostowski twierdzi, że nowe limity wcale nie muszą oznaczać mniejszych inwestycji. Trzeba tylko wprowadzić oszczędności w wydatkach, np. na wynagrodzenia urzędników.

Jeżeli rząd przekazuje nam coraz więcej zadań, to ktoś je musi wykonywać. Obecnie prawie 400 osób w naszym urzędzie wykonuje zadania zlecone, do których samorząd zresztą dopłaca.

A przeprowadzacie badania efektywności pracy urzędników? Może tak duże zatrudnienie wcale nie jest potrzebne?

Jako jeden z niewielu samorządów w Polsce Kraków stale monitoruje efektywność pracowników. To przynosi efekty. Ale pomysł, że oszczędności na kadrach przyniosą jakieś krocie, jest postulatem populistycznym. Urzędnicy podejmują ważne decyzje, o wartości milionów złotych. Nie mogą to być osoby bez umiejętności i odpowiedniego przygotowania. Fachowcom trzeba zapłacić. W przeciwnym razie odejdą od nas.

Jednak nawet samorządy, jako element systemu, muszą wziąć odpowiedzialność za uzdrowienie finansów publicznych, które są w stanie krytycznym.

Ależ my cały czas dbamy o finanse publiczne. Zadłużenie samorządów to tylko ok. 5 – 6 proc. zadłużenia całego sektora finansów publicznych. Trzymamy się ustawowych wskaźników (60 proc. wobec dochodów), które nie pozwalają nam zaciągać zbyt dużych zobowiązań. W przypadku Krakowa zawsze oscylujemy w granicach 56 – 59 proc. Skoro my przestrzegamy reguł, to oczekujemy tego także od strony rządowej. Chcemy pewności, że rząd nie będzie zmieniał zasad gry w jej trakcie. A tak było z rozporządzeniem z 23 grudnia 2010 r., które praktycznie z dnia na dzień poszerzyło definicję długu publicznego. Zresztą moim, i nie tylko moim, zdaniem odbyło się to niezgodnie z ustawą zasadniczą. Jeśli resort finansów chce coś zmieniać, samorządy się dostosują, tylko potrzebne jest wystarczające vacatio legis i rozwiązania dostosowane do realiów.

Wróćmy do relacji na linii rząd – samorząd...

Muszę przyznać, że nie jest najlepiej...

Przecież uznał pan, że cedowanie nowych zadań to wyraz zaufania do was.

Ale oprócz zaufania, że sobie poradzimy, to także wyraz pozbywania się obciążeń, na które brakuje pieniędzy. Za żadnym nowym obowiązkiem, jaki dostajemy, nie idzie 100 proc. finansowania. Zwykle jest to od 30 do 80 proc. Ale zdarza się, że nie dostajemy ani złotówki. Resztę musimy dołożyć z naszego budżetu. W ciągu ostatnich czterech lat przekazano nam ustawami ponad 120 nowych zadań.

To wynik chłodnych kalkulacji czy braku wyobraźni?

Raczej braku kontaktu i przepływu informacji. Na szczeblu centralnym powstają różne przepisy, ustawy, ale nikt nie zada sobie trudu sprawdzenia, jakie one będą miały konsekwencje na szczeblu samorządowym, jak to będzie działać na tzw. dole. Dobrym przykładem są losy tzw. ustawy powodziowej. Przerzuca ona odpowiedzialność za zabezpieczenia przeciwpowodziowe na gminy. Ale czy ktoś zadał sobie pytanie, jak gminy ze 100 mln zł budżetu mają poradzić sobie z wieloletnimi zaległościami? Takimi, których usunięcie może kosztować nawet kilkaset milionów złotych? Pozytywnym przykładem, jak należałoby przeprowadzać ustawy dotyczące samorządów, jest inicjatywa prezydenta Komorowskiego. Została ona poddana naprawdę szerokim konsultacjom społecznym.

Czy będzie pan startował w następnych wyborach samorządowych?

To dopiero za cztery lata i trudno przewidzieć, co się będzie wtedy działo. Ale dziś mogę powiedzieć, że nie. Prezydentem Krakowa będę w sumie przez 12 lat. Realizuję projekt rozwoju miasta, udało się wykonać spory program inwestycyjny. Myślę, że nadchodzi czas, by inni mogli przedstawić i realizować swoje wizje. Ostateczną decyzję podejmę jednak przed wyborami.